Cham, chłop, rolnik, farmer czyli dlaczego gardzimy wsią?
Ci nowi mieszkańcy miast zaczęli chodzić w kapeluszach, panie na szpileczkach, pić kawę, pracować w biurach... jednym słowem imitowali mieszczańskie tradycje, zupełnie zacierając swoje własne, wiejskie. Współcześni mieszkańcy (dla przykładu) Warszawy nie mają własnej kultury, obyczaju i tradycji. Jedyne co mają to status Warszawiaka. Dla nich historia tego miasta zaczęła się od Powstania Warszawskiego w 1944.
- Często mam problemy z tłumaczeniem z języka holenderskiego na polski. Dobre tłumaczenie wymaga dużej wiedzy o obu narodach, dużego zasobu słów i znajomości kultur obu narodów. Bo wiele słów nie daje się precyzyjnie przetłumaczyć jeden do jednego. Chociażby proste zdawałoby się słowo "chleb" lub "chłop" niesie w sobie w tych obu kulturach różny ładunek emocjonalny.
Buraki z wiochy, czyli my
Może największe problemy mam przy tłumaczeniu z holenderskiego na język polski bardzo popularnych holenderskich słów "boer" i "dorp". Słowa niby łatwe, bo cóż łatwiejszego jak przetłumaczyć je na "chłop" i "wieś". Problemem w tłumaczeniu jest ładunek emocjonalny jaki w obu krajach te słowa ze sobą niosą ale także zasadnicza różnica między wsią w obu krajach. W Holandii "wieś" jest dla Polaka małym miasteczkiem gdzie nie ma zagród rolnych. Zagrody rozsiane są między polami uprawnymi, podobnie jak wszędzie na Zachodzie co nazywamy farmami.
Jakże często w wielu przypadkach zakompleksionej polskiej świadomości oba te słowa mają lekceważący, nawet pogardliwy oddźwięk (choćby zobacz co 'warszawiacy' myślą o prowincji). Być chłopem lub mieszkać na wsi nie jest w naszym kraju powodem do dumy.
- Język żyje. Dlatego w języku polskim "chłop" w ciągu paru dekad stał się "rolnikiem" lub nawet "farmerem". Nikt nie chce wspominać laureata Nobla piszącego powieść "Chłopi". W języku holenderskim BOER ma takie samo znaczenie jakie miał w języku polskim CHŁOP do czasu gdy... chłopi przejęli panowanie nad tym krajem (lata 60-80) i nazwali się rolnikami. Chłop stał się obelgą, podobnie jak wieśniak czy kmiot. Do tych czasów - tak jak w Amsterdamie jest visboer, groenteboer, melkboer - tak samo i w Warszawie byli "chłopi" oferujący jakieś usługi lub sprzedaż; chłop z kartoflami, chłop ze szmatami, chłop ze starzyzną, baba z cielęciną, itp. Także w XXI wieku nie ma już w polszczyźnie słowa chłop ani nie ma chłopskich produktów. Te słowa pozostały w Holandii, bo tu nikt nie miał kompleksów wsi. Tak więc "ser chłopski" boerenkaas jest dla dla Polaka serem farmerskim.
- W naszej "szlacheckiej" historii Rzeczypospolitej mieszkańca wsi arystokracja nazywała chamem - od biblijnego Chama - czyli człowiekiem ze wsi; źle wychowanym, gburowatym i prostym. W XVIII wieku coraz częściej przyjmowała się rosyjska nazwa cholop (холоп) czyli chłop w znaczeniu poddany chłop pańszczyźniany, niewolnik, sługus i lokaj. Czy to cham, czy chłop, obie formy miały i mają nadzwyczaj negatywne znaczenie w języku polskim. Jeszcze w Polsce Ludowej drugiej połowy XX wieku powszechnie używało się słowa chłop (lub np. "baba z cielęciną", jajami itp) ale powoli wchodziło już w XX wieku poprawniejsze politycznie słowo rolnik (od roli - ziemi uprawnej). Teraz status społeczny rolnika wzrósł jaż aż tak szybko, że zaczyna się używać amerykańskiego słowa farmer.
Stolpboerderij - to nazwa typowej holenderskiej zagrody, budowanej pod "stolp" czyli "pod kloszem" w znaczeniu dużego piramidalnego dachu pod którym mieściły się wszystkie pomieszczenia mieszkalne oraz gospodarcze: szopa, stodoła, stajnia, obora itd. Stolpboerderij (lub stelp) to typy holenderski dom wiejski, budowany od XVII wieku, szczególnie we Fryzji. Stelpboerderij była większa, budowana na planie prostokąta a stolpboerderij na planie kwadratu.
- Słowo "wiocha" i "chłop" nie mają w Niderlandach negatywnego znaczenia i nie ma kompleksów "wsi" dlatego te słowa nie trzeba było wciąż zastępować nowymi, oraz bardziej poprawnymi społecznie jak to ma miejsce w Polsce, gdzie słowo ewaluowało od chłopa przez rolnika do farmera.
Pisze kobieta urodzona w 1950 r. na polskiej wsi:
"Dzieciństwo nasze było i ciężkie i wesołe bo pracować trzeba było. Myśmy od małego dziecka pracowali na roli. Jajko było rozbijane z mąką żeby było więcej ale to zimową porą to było latem było pod dostatkiem jedzenia ile kto chciał i co chciał; śmietana, twaróg, mleko zsiadło, mleko świeże, masło się robiło, ogród był, drzewa owocowe. Oddawało się plany (dostawy obowiązkowe), trzeba było oddać do gorzelni ziemniaki, trzeba było oddać tyle i tyle mięsa. Ojciec zawsze prowadził jesienią krowę i ze trzy świniaki i za to otrzymywał grosze. Rolnik nie miał dopłat żadnych to też prawda, trzeba było podatki odpłacać a teraz rolnicy mają dopłaty stać ich na traktory na maszyny, jeszcze narzekają, strajkują, na pewno mają swoje racje - bo ja już tego nie ogarniam bo mam prawie 80 lat ale ja dzieciństwo wspominam dobrze.
My dzieci rolników nie mamy żadnego dodatku do emerytury z tytułu pracy od dziecka na gospodarstwie rolnym. Nie byłam na kolonii, nigdzie w wakacje nie wyjechałam bo całe lato było co robić było. 20 hektarów było, trzymało się dużo bydła, owiec, dużo trzymało się drobiu, moja mama była zakochana w gęsiach - 60-70 sztuk gęsi było i kury - było co zabić i gotować rosołu, piec gęś w piecu, jak się chleb piekło to mama wsunęła taką gęś na brytfannie. Biedy nie było, ten miał biedę kto nie chciał robić, byli i tacy gospodarze, że kobieta sama ciężko pracowała w polu bo on pijany pod jabłonią leżał. Ale kto ciężko pracował to i było dobrze. Nas było dziewięcioro dzieci i do szkoły chodziliśmy ogarnięci i książki, tornistry, wszystko to co trzeba tośmy mieli. Wiadomo, że ta najstarsze dzieci to już do pracy poszły a my te młodsze dopiero szkoły zaczynali, chodziło nas po czworo do szkoły podstawowej bo dzieci się rodziły co trzy co cztery lata. Ja szanuję wszystkich ludzi którzy tak ciężko pracowali i dlatego tu jeszcze raz nadmieniam że my dzieci rolników którzy nie znaliśmy i nie mieliśmy wakacji to chociaż z każdego hektara powinniśmy mieć 10 zł do emerytury bo nasi rodzice oddawali plany, płacili podatki, żadnych dodatków, dopłat nie brali od państwa - jak pracował, jak rządził, tak miał. Nie słyszałam żeby jakakolwiek opieka społeczna była, żeby ktokolwiek ze wsi do kogoś rękę wyciągał. Byli też chłopo-robotnicy którzy pracowali w mieście i prowadził małe gospodarstwo - takie dwóch hektarowe do trzech hektarów. Kobieta się zajmowała ziemią i dziećmi on też coś pomagał i też się ludziom dobrze żyło, bo co miesiąc tą pensję przyniósł do domu
A w mieście to musieli ludzie być na etacie bo bez pracy koniec, chociaż mieli ogrody chowali też kurki, świniaczka se uchowali, każdy sobie radził jak mógł, ale to było 65-70 lat temu, jak ja byłam taką dziewczynką która już rozumiała z czym to się je, jak życie smakuje, jak ciężko trzeba pracować.
Dziękuję emerytka, 2026."
Przeczytaj także:
Dodaj komentarz