Budżet domowy czyli kto trzyma kasę?

Temat budżetu domowego jest tabu podobnie jak nasze życie seksualne. Temat zbyt drażliwy aby o tym rozmawiać. Kto w małżeństwie trzyma kasę? Czy może panuje zupełna demokracja w zarządzaniu budżetem domowym? Jak sobie z tym radzą Polacy a jak Holendrzy?

Zacznę od siebie. Jesteśmy małżeństwem starej daty w tradycyjnym małżeństwie. Przez lata wiele się zmieniło.

Wypłata

Do niedawna w Polsce wypłatę dostawało się w firmie do ręki. W dzień wypłaty pani Krysia z księgowości otwierała okienko i każdy podchodził i odbierał odliczone stówki i bilon. Koledzy zmawiali się na "pół litra" i resztę dnia pracy spędzano mile przy wódce z musztardówki. W dzień wypłaty pod oknami firmy stały żony czekające mężów. Przezorne kobiety wiedziały, że gdy mąż "powącha" wódki to już szybko do domu nie wróci, przechla kupę kasy z kumplami albo co gorsza wróci za trzy dni bez wypłaty. Niektórzy panowie wiedzieli jak żony przechytrzyć i wychodzili z pracy tylnymi drzwiami. Jak by nie było prędzej czy później mąż oddawał żonie wypłatę, zatrzymując sobie ewentualnie "zaskórniaki". Dopiero w latach dziewięćdziesiątych zaczęły w Polsce powstawać jak grzyby po deszczu banki i wypłaty z pomocą karty można było wyciągać z bankomatu.

wypłataW Holandii do lat sześćdziesiątych mężowie (bo kobiety i tak nie pracowały) dostawali wypłatę w podobny sposób jak w Polsce tylko, że tygodniowo, w kopercie, tzw. loonzakje. Czasami wypłaty dokonywano w pobliskiej knajpie (café) gdzie w piątek, po paru kieliszkach jenevera baas (szef) wypłacał tygodniówkę po czym koledzy popijali dalej i wracali na chwiejnych nogach do domu, jeśli ich żona już wcześniej z knajpy nie wyciągnęła (obyczaj "kieliszka" w piątek po pracy pozostał zresztą do dzisiaj, choć w epoce samochodowej już bez pijaństwa). Gdy mąż przynosił "loonzakje" żona szła do miejscowego "kruidenier" (sklep spożywczy) rozliczyć się z długu jaki zrobiła kupując na kredyt. Pieniądze trzymano w starej skarpecie (oude sok) podobnie więc jak w Polsce gdzie pieniądze najczęściej leżały w bieliźniarce. Co tydzień też do drzwi przychodził inkasent lub huisbaas pobierający na progu wszelkiego rodzaju opłaty za prąd, czynsz, ubezpieczenia itp. Od początku lat siedemdziesiątych gdy pensje mocno wzrosły loonzakje przejęły banki i skończyło się wypłacanie gotówki do ręki. Każdy otrzymał własny rachunek bankowy i przy okienku w banku odbierał wypłatę lub jej część. Z czasem można było także w banku dokonywać opłat. Urzędy pocztowe stały się bankami (Postbank) gdzie każdy pracownik miał swoje konto (giro).

W latach siedemdziesiątych w każdym osiedlu trafić można było na filie wszystkich banków i urzędów pocztowych. Bankomaty (geldautomaat) istnieją w Holandii od początku lat osiemdziesiątych i w tych latach szybko się spopularyzowały. W tych czasach turystka z Rosji zauważyła: "tu nie ma kolejek! Jedyne kolejki w Holandii widzę tylko do bankomatów!" Teraz najlepsze czasy bankomatów już mamy za sobą. Obsługiwanie kont bankowych regulujemy sami elektronicznie. Filie banków stały się za drogie w utrzymaniu i zbędne. Podobny los czeka bankomaty, narażone na włamania i mniej używane, coraz częściej znikają z murów gdzie tkwiły 25 lat.

Wydatki

Od wieków Holendrzy przywykli do ostrożnego obchodzenia się z pieniędzmi. Dziewczynki w szkołach przysposabiane były na gospodynie domowe i pilnie uczyły się pisać i liczyć aby mogły prowadzić "huishoudboekje" czyli książeczkę wydatków lub domową księgowość. Do dzisiaj dnia w holenderskich domach takie książeczki istnieją, gdzie małżonkowie skrupulatnie wpisują w równe kolumny wszystkie wydatki bez wyjątku. Oczywiście młodzi posługują się już Excelem, specjalną aplikacją komputerową lub smartfonową lub usługami online.

Książeczka wydatków

Kto trzyma kasę?

W przypadku naszego domu mamy jeden wspólny rachunek bankowy na który przychodzą wszystkie dochody i z którego oboje możemy PIN-ować do woli. Taki staroświecki system ma swoje wady, że ja wydaje za dużo na alkohol a żona na buty - co prowadzi regularnie do sprzeczek dlaczego, po co, zbędne, wyrzucone pieniądze, stoimy znowu na "czerwono" (rood staan) itd. Kwestia samodyscypliny i zaufania.

Ale w większości holenderskich gospodarstw domowych już nikt nie trzyma kasy bo fizycznie jej w ręku nie ma.  Z reguły mąż płaci ale tylko za to na co mu żona pozwoli. Dzisiaj sa znacznie nowocześniejsze układy budżetowe: trochę razem ale osobno:

1. Wydatki według "proporcjonalnego klucza" zarobków, tzn. każdy partner ma swoje konto i wydaje na opłaty domu, ubezpieczeń i zakupów proporcjonalnie do zarobków.forsa

2. Każdy partner ma swoje konto i wydatki do równego podziału: mieszkamy pod tym samym dachem i mamy te same żołądki więc każdy płaci tyle samo.

3. Każdy zatrzymuje ta samą sumę "zaskórniaków" (zakgeld) na własnym koncie a reszta idzie na trzecie, wspólne konto opłat i wydatków. W ten sposób zarabiający więcej wkłada we wspólnotę więcej.

4. Stary i wypróbowany system umówionej stałej opłaty za wszystkie koszty utrzymania (kostgeld); obliczona wspólnie część czynszu/hipoteki, żywności, telefonu, gazu, wody, prądu, itp.

Polacy mieszkający w Holandii czasowo lub krótko mają zapewne jeszcze bardziej skomplikowany system domowego budżetu podzielonego często na domy i konta bankowe w dwóch państwach.