Nazywał się Willem Ruys - stare dzieje Achille Lauro

W drodze na Seszele, 30 listopada 1994, zapalił się włoski liniowiec pasażerski Achille Lauro. Z wolno tonącego statku ewakuowano pasażerów i załogę. Zginęły dwie osoby. W skrócie prawdziwa historia starego motorowca.

MS Achille Lauro zdobył uwagę całego świata w październiki 1985 r. gdy czterech członków Frontu Wyzwolenia Palestyny porwało statek i zabiło jednego z zakładników. Przez kilka dni opinia światowa śledziła statek błąkający się po Morzu Śródziemnym.

73 lata temu zwodowano we Vlissingen kadłub n4 214 - był to bardzo ciekawy holenderski dwukominowiec pasażerski dla RL, który miał otrzymać imię "Batavia". Stępkę pod statek położono niedługo przed wojną i pewnie byłby otrzymał planowane imię, gdyby nie wybuchła II wojna światowa.

Budowa statku przeciągnęła się, Holendrzy zdaje się sabotowali wykończenie statku, byle nie został on zbyt szybko wodowany i nie trafił pod znak swastyki. Chyba pod tym zarzutem Niemcy skazali na śmierć i rozstrzelali w sierpniu 1942 roku dyrektora RL, pana Willema Ruysa Bzn (1894-1942). Kiedy wojna się skończyła przyszedł czas zwodowania kadłuba owej 21.000-tonowej "Batavii", leżącej na pochylni od siedmiu (!) lat. Nastąpiło to 1. lipca 1946 roku, ale z pochylni spłynął, zamiast wspomnianej "Batavii" - MOTOROWIEC 'WILLEM RUYS'! Jego matką chrzestną została wdowa po rozstrzelanym Dyrektorze.
Statek wszedł do eksploatacji pod koniec roku 1947 pod znakami owego RL - Rotterdamsche Lloyd'a - a armator został z tej okazji zaszczycony przymiotnikiem "Koninklijke" RL (czyli Królewski RL).
Motorowiec miał pecha - nie dotrwał półwiecza na wodzie, bowiem spłonął (jako MS "Achille Lauro" pod znakami Flotta Lauro).

 

MS Willem Ruys
MS Achille Lauro. Willem Ruys ex Batavia zmieniając armatora przybrał też nową, ultramarynową szatę kadłuba. Serce statku biło do wspomnianego listopada 1994 roku, kiedy spłonął...

Trudne narodziny

Holendrzy znani są od dawna z tego, że budują znakomite okręty i statki. Minęło już 80 lat od położenia na pochylni stoczni De Schelde we Vlissingen (miejscu narodzin naszego wspaniałego ORP Orła zwodowanego tam w styczniu 1939) stępki pod jeden z nich. Miał być flagowcem Rotterdamsche Lloyd (RL), jednego z kilku armatorów, utrzymujących połączenia między portami Niderlandów i ich kolonialnych posiadłości w dzisiejszej Indonezji.

ORP Orzeł z holenderskiej stoczni
ORP Orzeł z holenderskiej stoczni w 1939.

Statek, oznaczony numerem stoczniowym 214, miał otrzymać, zgodnie z tradycją RL, nazwę jednego z wulkanów ówczesnych Indii Holenderskich; wymieniano też nazwę Batavia.

Do realizacji wybrano ostatni z siedmiu kolejnych projektów nowego motorowca. Przewidywał on, że "pasażer" będzie miał 21.000 BRT pojemności, 192,4 m długości i będzie mógł przyjąć na pokład 723 pasażerów.

Okupacja

Gdy nadszedł pamiętny maj 1940 roku, nie podjęto jeszcze w Rotterdamie ostatecznej decyzji co do nazwy budowanego "pasażera". Nastąpiły znane wydarzenia - błyskawiczne zajęcie Holandii przez oddziały Wehrmachtu, bestialski nalot na Rotterdam i "ciemna noc" kilkuletniej okupacji kraju przez Niemców. Pod nadzór ich dostałą się m.in. stocznia De Schelde. W połowie sierpnia 1942 zginął - rozstrzelany przez Niemców - Willem Ruys, dyrektor RL; 21 września tegoż roku władze okupacyjne wydały nakaz wstrzymania jakichkolwiek prac przy leżącym wciąż na pochylni kadłubie "dwieścieczternastki". Planowano zwodować go w dogodnym momencie i odholować do Niemiec, by tam służył, jak Baoeran spod tej samej flagi, za pływające koszary lub jednostkę pomocniczą. Nic z tego jednak nie wyszło i statek dotrwał w stosunkowo bardzo dobrym stanie do końca wojny.

Wodowanie

Spłynął na wodzę w poniedziałek, 1 lipca 1946 roku - po siedmiu (!) latach na pochylni. Pani E.E. Ruys-Van Houten nadała nowemu statkowi imię swego męża: Willem Ruys. Armator przejął największy w historii liniowiec 21 listopada 1947 r. Z tej okazji do nazwy rotterdamskiego przedsiębiorstwa dodano ceniony przez Holendrów przymiotnik - "Królewski" (Koninklijke Rotterdamsche Lloyd, KRL).

W pierwszą podróż do Tandjong Priok (port w Dżakarcie) motorowiec wyruszył 2 grudnia 1947 roku. Prowadził go kapitan C.H. Vellenga. Jak wieść niesie - nie wszystko bynajmniej "grało" na pokładzie: m.in. już po kilku dniach rejsu wysiadły stabilizatory przeciwchyłowe; wielu pasażerów zapadło na chorobę morską. Do celu podróży Willem Ruys dotarł w Wigilię Bożego Narodzenia 1947. Powitanie statku było uroczyste (m.in. kapitan Vellenga otrzymał tytuł komandora floty KRL).

Potem bywało różnie. Gdy w końcu lat czterdziestych w miejscu Holenderskich Indii pojawiła się na mapach Indonezja - z początku Willem Ruys, jak i mniejszy nieco Oranje, po dawnemu pływały na starej trasie, bo w obie strony podróżowały wtedy masy ludzi. Stopniowo stosunki między dawną kolonią i byłą metropolią psuły się. Na Willemie Ruysie wybuchł w maju 1952 r. strajk indonezyjskiej części załogi - miejsce strajkujących zajęli wtedy z powodzeniem młodzi Holendrzy: nie przerazili się ani ogromem czekających ich zadań, niestraszna była im też morska choroba.

Ponad pół roku później, 6 stycznia 1953, Willem Ruys zderzył się ze swoją "mleczną siostrą" spod znaku Stoomvaart Maatschappij Nederland - MS Oranje wracający właśnie do Europy. Oba statki doznały poważnych uszkodzeń.

MS Willem Ruys
MS Willem Ruys w porcie Wellington, Nowa Zelandia, ok. 1954 r.

Rok 1957 był ostatnim, w którym holenderskie "pasażery" regularnie obsługiwały trasę do byłej kolonii na Dalekim Wschodzie. Willem Ruys odbył na tej trasie 62 rejsy. Dwukrotnie pokonał Ocean Atlantycki, pływał też dookoła świata, zawijając po drodze do portów Indonezji, Australii i Nowej Zelandii.

W końcu lat pięćdziesiątych statek przeszedł wielką przebudowę w tej samej stoczni Wilton Fijenoord, w której powstał, sławny u nas, czwarty SS Maasdam HAL-u (Holland America Line) - późniejszy polski TSS Stefan Batory. Najogólniej mówiąc - zmienił się z liniowca w statek wycieczkowy. W tej postaci odrodzony Willem Ruys zawijał m.in. na wyspę Pitcairn, swego czasu schronienie buntowników z Bounty oraz przewoził holenderskich emigrantów do Australii i Nowej Zelandii.

 

    polski liniowiec Batory
    TSS Stefan Batory pod polską flagą 1968—1990.

    Pod włoską banderą

    Wreszcie, w 1964 roku, statek sprzedano za granicę. Trafił wraz z MS Oranje pod znak włoskiego armatora, Achillesa Lauro. To imię nosił przez trzydzieści następnych lat (Oranje otrzymała pod znakiem Flota Lauro imię żony armatora, Angeliny). Zmienił się przy tym nie do poznania, zmodernizowany w stoczni w Palermo na Sycylii. Ogień nie dawał mu spokoju: co najmniej dwa razy wybuchły na pokładzie statku groźne pożary. To właśnie w sycylijskiej stoczni umieszczono na statku tabliczkę, błędnie mówiącą o jego zbudowaniu we Włoszech.

    30 października 1994 roku MS Achille Lauro zatonął przy somalijskim wybrzeżu, po pożarze który wybuchł w maszynowni statku

    Pechowe holendry

    Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że "pasażery" holenderskie z reguły bardzo źle kończą w obcych rękach. Przypadek szczęsnej służby holenderskiego lajnera w polskich barwach jest raczej odosobniony.

    Jedna z katastrof holenderskich "pasażerów" w obcych barwach przyniosła nam, Polakom, ciężką stratę: w połowie stycznia 1919 roku, w Cieśninie Messyńskiej, zatonął po wejściu na minę francuski statek SS Châouïa (dawniej SS Koningin Wilhelmina, zbudowany w Koninklijke Maatschappij "De Schelde" w 1896 r., we Vlissingen, spod flagi Stoomvaart Maatschappij Nederland; 4249 BRT), obsługujący trasę z Marsylii do portów Lewantu; jedną z ofiar tej tragedii był założyciel polskiego harcerstwa - hm. A. Małkowski.

    Słynny przed laty, niezbyt może "urodziwy", ale szczęśliwy w służbie pod flagą Stoomvaart Maatschappij Nederland, motorowiec Johan van Oldenbarnevelt spłonął na Atlantyku w końcu grudnia 1963 roku, w swym drugim rejsie, jako grecka Lakonia. Zginęło aż 128 osób, a nieudana akcja ratunkowa rozbitków określana została dosadnie przez jednego z jej brytyjskich uczestników, jako "kiepskie widowisko".

    Wojciech M. WACHNIEWSKI
    Słupsk

    • Tekst ukazał się w 1994 r. w Gazecie Wyborczej.
      Wojciech Marek Wachniewski (ur. w 1956 roku) to słupski tłumacz, kolekcjoner, znawca historii Słupska, żeglugi i wojen morskich oraz związków Pomorza z morzem.