Historie dzieci polskich emigrantów

Dzieci polskich emigrantów urodzone lub wychowane od dziecka za granicą mają różne losy i niejednokrotnie siłują się ze swoim pochodzeniem i innością w porównaniu do ich otoczenia. Dużą różnice w ich późniejszym życiu sprawia jak bardzo "polscy" byli ich rodzice, w jakim stopniu zaakceptowali kraj emigracji i jak bardzo "w polskości" swe dzieci wychowali. Poniżej dwie ciekawe historie poznanych przeze mnie ludzi, na początku XXI wieku, których rodzicami byli Polacy.

Lille 1940

Francuz nad Bugiem

Wiele lat temu, gdy internet się dopiero rodził, byłem jednym z początkujących użytkowników i cieszyłem się jak dziecko gdy zrobiłem pierwszą własną home-page. Z wspaniałych wakacji nad Bugiem 2000 r. stworzyłem album zdjęć cyfrowych online. Pewien pan z Clermont-Ferrand we Francji szukając na internecie swoich przodków trafił właśnie na ten album. Z wymiany maili (po angielsku) wynikło, że pan Charles Wisniewski urodził się w roku 1943 w Lille, w polskiej rodzinie robotniczej.

  • Dodać należy, że polska ziemia tradycyjnie dostarczała Zachodowi siły roboczej od wieków. Polacy emigrowali na Zachód zawsze, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w roku 1918 powstały - podobnie jak dzisiaj - biura rekrutacyjne, werbujące biednych, bezrolnych chłopów do pracy w silnie rozwijającym się przemyśle ciężkim i wydobywczym w Niemczech, Francji, Belgii i Holandii. W latach 1920-1923 do Francji wyemigrowało 500 tys. Polaków za chlebem. Tak też trafił ojciec Charles'a do kopalni węgla kamiennego w Lille. Z czasem ojciec ściągnął z Polski także żonę.

Pan Charles pamięta jeszcze z dzieciństwa jak mieszkali w biednej, brudnej i zadymionej dzielnicy robotniczej Lille. Szeregowe domy na ich ulicy zamieszkałe były tylko przez Polaków. Rodzice już dawno nie żyją a Charles po skończonej edukacji opuścił północna Francję i został nauczycielem w szkole podstawowej w Clermont-Ferrand. Tam się ożenił i założył rodzinę. Dzisiaj jest na emeryturze, ma ładny dom z ogródkiem i na urlopy jeździ kamperem. O swoich polskich przodkach wiedział nie wiele. Tylko nazwisko i wieś z której pochodzili na Wołyniu. Wieś ta leżała przed wojną w centrum Polski ale teraz leży już na wschodniej granicy kraju. Nad Bugiem.

Pan Charles znalazł nazwę wsi i nazwisko przodka właśnie na mojej wakacyjnej stronce. Zwrócił się do mnie, po angielsku, czy nie pomógłbym mu znaleźć rodziny w Polsce, w kraju w którym nigdy nie był a z polskiego języka pamiętał tylko parę brzydkich słów i paciorek. Pomogłem mu kontaktując się z mieszkańcami tej wsi.

Dotrzeć do starych metryk w Polsce nie jest łatwo a najczęściej jest to nawet nie możliwe jako, że jego dziadkowie urodzili się w początkach XX wieku kiedy to Polski nie było i dokumenty jeśli się już uchowały w zawieruchach wojennych to i tak mogły być w archiwach byłych zaborców. A koło tej wsi przebiegała akurat granica carska i cesarska. Kto dziś wie gdzie, kto i co spisywał. Metryk po polsku się i tak nie pisało.

Pierwszy raz w ojczyźnie rodziców

Mimo to udało się znaleźć rodzinę która była spokrewniona z Charlesem. Następnego lata przypadek chciał, że w tym samym czasie i my byliśmy w tej wsi przejazdem gdy do niej wjechał biały camper z literką "F". Francuz z żoną zawitał do zagrody podobnych mu wiekiem gospodarzy. Ja mogłem służyć za tłumacza.

Gospodarstwo było typowe dla tego regionu: murowany szary dom z kuchnią po lewo z kredensem, piecem i nalepą, pokój gościnny z palmą i dużym stołem, obrazy święte na ścianach. Na obejściu studnia, stajnia i garaż na traktor po lewo, chlew i kurnik po prawo i drewniana stodoła zamykała czworobok. Szarpiący się na łańcuchu pies dawał znać, że strzeże gospodarki.

Jak dobrze, że tu nie mieszkam

Francuzi zostali przyjęci czym chata bogata. Dostali ciasto i herbatę i rozpoczęła się niezręczna rozmowa. Gospodarze milczeli a Francuz opowiadał. Gdzie żyje, co robi, ile ma dzieci. Wyciągnął album ze zdjęciami. Pokazał swój śliczny dom w kwiatach, przystrzyżony trawnik, dzieci i rodzinę. Kurtuazyjne przytakiwanie głów i uśmiechy. Doszło do niezamierzenie niezręcznej sytuacji gdy Charles uroczyście oświadczył, że gdy tutaj tak tu wszystko widzi i ogląda to jest szczęśliwy, że rodzice opuścili Polskę i, że on miał szczęście urodzić się we Francji. Polska rodzina milczała uśmiechając się z lekka.

Na drugi dzień Charles odjechał w dalszą wycieczkę po Polsce.

brabancka wieś 1940

Holender na Ukrainie

Kilka lat temu przypadkowo rozmawiałem z panem Michelem Kamińskim. Pan Michel był dyrektorem dużej organizacji państwowej w Holandii i właśnie przechodził na zasłużona emeryturę. Pisali o nim w gazetach w 2005 r.. Na wieść o tym, że jestem Polakiem i zajmuje się historią poprosił mnie o przysługę. Miałem się dowiedzieć prawdy z dalekiej przeszłości. Pan Michel nie władał językiem polskim.

Michel zaprosił mnie do swojej nowiutkiej willi pod Eindhoven i żona postawiła na stół kawę i ciastka. Usłyszałem straszną historię z jego dzieciństwa.

Polski żołnierz na obczyźnie

Ojciec Michela był żołnierzem w dywizji generała Maczka wyzwalającym południową część Holandii. Jak wielu innych tak i on zakochał się bez pamięci w holenderskiej dziewczynie z jednej z małych wsi w Brabancji.

Ona była piękną blondynką, córką miejscowego piekarza. Najładniejsza dziewczyna ze wsi. W roku 1945 wzięli ślub i zamieszkali w tej wsi. Szybko urodziło się dwoje dzieci, najpierw on Michel a rok później córeczka. Ojciec pracował w fabryce w pobliskim mieście a żona zajmowała się domem. Najwcześniejsze wspomnienia Michela z dzieciństwa wiążą się z awanturami jakie robił ojciec matce. Ojciec był chorobliwie zazdrosny. Nie ufał swojej holenderskiej żonie. Nie znał dobrze języka co to tylko wzmagało podejrzliwość. Każda rozmowa żony z sąsiadem, mleczarzem czy przechodniem była powodem do awantury.

Ich dom odwiedzali często polscy koledzy ojca albo on chodził na spotkania z nimi. Koledzy z wojska. Rżnęli w karty, pili wódkę, rozmawiali i przeklinali po polsku. Dzieci się tego języka nigdy nie nauczyły.

Chorobliwa zazdrość ojca doprowadzała do rozpaczy rodzinę żony. Bił ja i terroryzował. Był przekonany, że gdy on jest w pracy to ona się "puszcza" z miejscowymi chłopakami.

Po obiedzie

Michel tego dnia nigdy nie zapomni. Gdy ojciec wrócił z pracy, żona postawiła na stole obiad. Gdy w milczeniu zjedli ojciec kazał dzieciom pójść się bawić na ulicę. Na ulicy dzieci usłyszały z domu strzały. Michel z siostrzyczką wpadli do domu i zastali oboje rodziców w kałuży krwi. Później się okazało, że ojciec trzymał na strychu swój wojskowy pistolet. Z zazdrości zabił żonę a po tym siebie. To wydarzenie odbiło się szerokim echem w lokalnej prasie na początku lat pięćdziesiątych XX wieku i ta wieś pamięta to wydarzenie do dzisiaj.

Dlaczego!?

Pięćdziesiąt lat Michel nie opowiedział tego wydarzenia nikomu. Ale teraz czuł, że nadszedł czas aby się dowiedzieć. Aby się dowiedzieć: dlaczego nikt z jego tak licznych polskich kolegów z którymi miał tak często spotkania; nie ostrzegł, nie zareagował, nie dał znać, że sytuacja jest tak poważna?! Przecież ktoś musiał wiedzieć co się z ojcem dzieje?

Po skończeniu tej opowieści Michel zwrócił się do mnie czy ja mógłbym skontaktować się z jeszcze żyjącymi polskimi weteranami z tego regionu. Czy pamiętają jego ojca; Kamińskiego? Czy wiedzą coś więcej na temat tego wypadku? Czy nikt z jego towarzyszy broni nie widział nadchodzącego nieszczęścia?!

Krótko po tym miałem okazję stanąć wśród kilku "maczkowych" weteranów i spytać się czy znają Kamińskiego. To było w 2005 r. - żaden z nich już dzisiaj nie żyje. Ach jak najbardziej! - odpowiedzieli - Tego nazwiska się nie zapomniało po takiej aferze!

- Pamiętacie panowie dlaczego on TO zrobił? - spytałem.

- Bo miał żonę kurwę! Panie ona się z każdym puszczała! - dostałem odpowiedź. Tą informację zostawiłem dla siebie. Wymigałem się Michelowi, że nic się nie dowiedziałem. Zresztą powiedziałem prawdę.

Na zielonej Ukrainie

Michel po 2000 roku poszukał kontaktu z rodziną ojca w Polsce. Okazało się, że rodzina jego ojca mieszkała co prawda jakiś czas w Polsce (repatrianci) ale wrócili szybko do swojej rodzinnej wsi która znajduje się na Ukrainie. Michel był tam już kilka razy na wakacjach. Nie rozumie ani słowa co oni do niego mówią ani oni jego nie rozumieją ale jest tak gościnnie przyjmowany i szczęśliwy, że nawet w sławojce, podcieranie pupy skórą niedźwiedzia - nie jest mu straszne.

[nazwiska zamienione na fikcyjne]