Latający Holender
Saga ta ma swe korzenie w czasach holenderskiego "Złotego Wieku" (XVII w.) kiedy to flota holenderska była najpotężniejszą w świecie i tysiące holenderskich żaglowców opływały cały świat.
Pierwszy raz ta legenda została spisana w książce angielskiego oficvera marynarki Fredericha Marryata który w roku 1837 wydał powieść "The Phantom Ship".
Żaglowiec kapitana Willema van der Decken wypłynął z portu w Terneuzen (prowincja Zelandia) w roku 1676 zmierzając do ówczesnych Wschodnich Indii (dzisiejsza Indonezja). Pod Przylądkiem Dobrej Nadziei żaglowiec wpadł w sztorm który trwał 9 tygodni. Umęczona załoga błagała kapitana o powrót i schronienie w Zatoce Góry Stołowej (Kaapstad) ale uparty kapitan wpadł tylko w większy gniew. Wyrzucił za burtę szturmana (sternika) z przekleństwem "Bóg czy Diabeł, a ja przepłynę Przylądek - choćbym miał płynąc do dnia sadu ostatecznego!". A działo się to w poranek wielkanocny roku 1676.
Od tego czasu żaglowiec-widmo błąka się po morzach i oceanach. Martwa załoga wykonuje w milczeniu swoje prace na pokładzie i nie reaguje na polecenia kapitańskie. Sam kapitan Van der Decken został przy życiu, stoi przy sterze i przynosi nieszczęście każdemu statkowi jaki na swej drodze napotka.
Ostatnie najbardziej wiarygodne spotkanie z Latającym Holendrem miał w roku 1880 gdy to brytyjski książę George, późniejszy król George V, który wraz z 30 innymi światkami widział przy wybrzeżu Australii staroświecki żaglowiec z czerwoną łuną w żaglach.





W Efteling jest od roku 2007 attrakcia ktora sie nazywa 'Latajacy Holender' (De Vliegende Hollander). Polecam!
Dodaj nową odpowiedź