Nasza swojska natura

Niczym nie można Polaka tak obrazić jak wytknąć mu chłopskie pochodzenie. Kompleks chłopskiego pochodzenia jest "otwartym nerwem" w polskim społeczeństwie. To właśnie jest powodem takiego dziwnego rozdwojenia jaźni Polaków. Jesteśmy dumni być Polakami i jednocześnie pryskamy z tego kraju już wielu od setek lat.

wiejsko-sielsko Kochamy Polskę ale jej też nienawidzimy. Deklamujemy "Litwo ojczyzno moja..." ale... w Paryżu, Amsterdamie a nie w Białymstoku.

Potocznie uznawani za największych polskich patriotów; Mickiewicz, Słowacki, Norwid - byli ludźmi którzy "prysnęli" z Polski (doklejany status uchodźca politycznego jest do dzisiaj wysoko ceniony) aby do niej nigdy nie wrócić.

Oddamy życie za ojczyznę ale jej budować nie będziemy.

Jesteśmy dumnym narodem ale patrzymy na siebie spode łba. Jak każdy chłop jest dumny ale z czapką w ręku kłania się panu pokornie. No i umówiliśmy się, że wszyscy jesteśmy z miasta. Reszta to tabu.

Zakłamując lub wymazując swoją przeszłość myślimy, że ta historia już nie istnieje. Naród nasz zamieszkuje miasta praktycznie dopiero od kilku pokoleń, dokładnie po roku 1944. W skutek olbrzymiego eksperymentu jaki na nas zrobiła Historia zezwolono nam zaludnić puste miasta i miasteczka jakie się zwolniły po Żydach na wschodzie i po Ślązakach na zachodzie  i po Prusakach na północy. Przeprowadziliśmy się do miast które do roku 1944 zamieszkiwały inne narody i inne stany społeczne.

Rezultatem tego eksperymentu przeprowadzki jest kraj unikalny w świecie. Nigdzie na świecie (z częściowym wyjątkiem Niemiec) nie ma miast których mieszkańcy groby swoich przodków mają we wioskach za granicą lub przynajmniej kilkaset kilometrów dalej a na miejskich cmentarzach (jeśli takowe ocalały) stoją tylko mieszczańskie groby pisane gotykiem lub hebrajskim.

 zapomniane groby w Polsce

Agrarny naród jakim z natury jesteśmy za jednym dekretem 22 lipca 1944 roku stał się "Panem z Miasta". Jakże mogły te miasta się dobrze rozwijać gdy wszedł do nich rolnik, skwapliwie zapełnił żydowskie i niemieckie kamienice, próbował naśladować fachowców przejmując handel i rzemiosło. Rolnik bez roli, który na domiar złego do niedawna żył praktycznie w stosunkach feudalnych z bogatym obszarnikiem. Cóż on mógł wiedzieć o 700-letnich miastach w których zamieszkał? W naszej frustracji udawania kogoś innego niż jesteśmy leżą źródła polskiego kompleksu niższości wobec narodów które tak bardzo chcemy naśladować.

Czemu Polacy (generalnie, w swej masie) są taka bardzo introwersyjni? Ponieważ pochodzą ze wsi. Ten naród przez tysiące lat żył w małych zbiorowościach wiejskich. Człowiek otoczony był małą grupą ludzi których dobrze znał od momentu urodzenia. Poza tym malutkim światem swojej wsi znał jeszcze otaczający go las a za lasem istniał wrogi świat kupców, handlarzy i dziedziców. Polak żył w swojej wsi jak w rodzinie, z rodzicami, braćmi, wujkami i stryjkami a wszystko co obce, z zewnątrz, było wrogie. Wróg czyhał "za lasem". Wróg napadał wieś, rabował, gwałcił i oszukiwał. Turcy, Tatarzy, Kozacy, bandyci, partyzanci, żołnierze, cyganie. To co przychodziło z z zewnątrz nie zwiastowało nic dobrego. Bardzo trafnie, moim zdaniem, polski charakter ilustruje film "Konopielka"  gdzie nasz chłopski charakter i lęk przed obcymi  bardzo trafnie został jest ujęty. Młodzi ludzie urodzeni już w mieście będą traktować taki film jako zamierzchłą historię, ich bynajmniej nie dotyczącą w niewiedzy, że ich dziadkowie w takim świecie się urodzili i wychowali przekazując w genach te cechy na wiele generacji do przodu. Nie bez powodu w trzecim pokoleniu wracają sentymenty wiejskie jak chociażby w "chłopskich stołach" na weselach w Warszawie gdzie leżą chłopskie tuszonki, słoniny i samogon. Na drugim końcu bieguna stoją Holendrzy. Naród mieszkający już od setek lat w miastach  i którego charakter formowała woda i miasto. Mieszkańcy wielkich miast, gdzie człowiek się rodzi, wychowuje i spędza całe życie - w znacznej mierze - w anonimowym tłumie obcych współmieszkańców tego miasta. To nauczyło ten naród innych norm obycia, nauczyło czuć się swobodnie w tłumie, wśród obcych. Dlatego też Holender określa wielkie ludzkie zgromadzenia jako "gezellig" (miło i przytulnie) gdy Polak chętniej ucieka na spacer do lasu w towarzystwie jednej kochanej osoby. Podziwiam Holendrów z jaką łatwością potrafią bez kompleksów powiedzieć:  "pochodzę ze wsi (platteland) i nie mam nic wspólnego z amsterdamczykami".