Grzyby i drop

Miał cztery latka gdy przyjechał z rodzicami do Holandii. Teraz w roku 2009 - 28 lat później pisze o sobie:

“Nie zechciałbyś napisać coś dla Wiatraka o sobie; jako Holender polskiego pochodzenia?” – zapytał mnie ojciec. „Prima! Tylko ja napiszę to po holendersku a ty przetłumaczysz” – odpowiedziałem - bo powiedzmy sobie szczerze, pisanie po polsku nie jest moją najmocniejszą stroną. Choć trwało to długo – to wreszcie zebrałem się do pisania, nie mając zresztą zielonego pojęcia co właściwie mam napisać. Dlatego też zapraszam cię czytelniku do reagowania i pytań, jeśli w poniższym tekście nie znalazłeś odpowiedzi na nurtujące wielu pytania o ich polskie dzieci wychowane w Holandii. [holenderska wersja oryginalna].

Na plaży w Gdańsku
To ja z mamą na plaży w Stogach, 1981.

Należę do pokolenia drugiej generacji Polaków w Holandii. Właściwie według oficjalnej definicji jestem pierwszą generacją, tzw. „allochtoon”: urodzony w Polsce. Byłem małym, 4-letnim dzieckiem gdy moi rodzice na początku lat osiemdziesiątych uciekli z Polski i osiedlili się w Holandii - także polskiej części mego dzieciństwa już nie pamiętam. W tym czasie nie było prawie Polaków w Holandii, nie było internetu, nie było polskiej telewizji, polskich sklepów, Wizz Air i otwartych granic. Ja miałem tylko holenderskich kolegów i koleżanki w podstawówce, szkole średniej i na studiach.

W domu rodzice mówili po polsku ale nie było to dla mnie nic nadzwyczajnego. Nie wydaje mi się abym dostał z domu tradycyjne polskie wychowanie. Nie chodziłem także do polskiej szkoły ani innych polskich organizacji a na wakacje jeździliśmy do Francji... ale jednak zauważałem różnice.

polskie grzyby i holenderski drop
Polskie grzyby i holenderski drop.

W naszym domu nie było np. tradycyjnego holenderskiego koekjestrommel a moje zdumienie wzbudzały zawsze te wielkie ilości czarnych drop’ów którymi zajadali się moi koledzy gdy tymczasem mi drop miał smakował jak kawałek czarnej gumy. Moi koledzy i koleżanki mieli babcie i dziadków których często widzieli w weekendy a ja nie. Później dostałem braciszka. Skończyłem 18 lat i poszedłem studiować do Delft. Zamieszkałem „op kamers”;  samodzielnie w domu studenckim wraz z 18 innymi studentami. To był wspaniały okres mego życia. Koledzy znali moje polskie pochodzenie, ale to nie grało żadnej roli poza okazjonalnymi żartami na ten temat - to normalna część studenckiego życia. Mieszkasz i żyjesz w grupie i za każdy błąd trzeba zapłacić ale ile za to przyjemności i zabawy! Na studiach znalazłem przyjaciół na całe życie.

W tym okresie musiałem sam dużo więcej odkrywać i poznawać świat niż to potrzebowali robić moi holenderscy koledzy. Oni mieli już doświadczenie zdobyte często przez ich rodziców, wujków lub rodzeństwo którzy studiowali przed nimi w podobnych warunkach. Koledzy należeli do różnych stowarzyszeń i wszystko przychodziło im samo z siebie, łatwiej... ale nie mi. Dla mnie wszystko było względnie nowe, nieznane z domu rodzinnego. Miałem dużo satysfakcji w poznawaniu nowego środowiska i dużo się w tym czasie nauczyłem. Nauczyłem się wiele i to nie tylko z książek i wykładów. Nauczyłem się żeglować, nauczyłem się kolarstwa w klubie sportowym, nauczyłem się współpracować w komisji i wyszukiwać sobie dorywcze prace aby dorobić do studenckiego stypendium.

Z drugiej strony pokazałem moim przyjaciołom Polskę. Dla przykładu kilka lat temu byłem z kolegami ze studiów na wakacjach w małej wsi letniskowej na wschodzie Polski, gdzie jeszcze nigdy nie było cudzoziemców. Tych długich letnich nocy, tańca i imprez przy ognisku nie zapomną tak szybko. Wszystko było tam dla nich obce (gdzie jest chodnik?! Co to kompot ze „slivki”?, świniobicie, itp.) i na początku uważali Polaków za wrogo nastawionych ponuraków ale wódka szybko rozwiązuje języki i spełniała rolę perfekcyjnego smaru kontaktów między różnymi kulturami. Ten pobyt na na polskiej wsi pozostawił na moich holenderskich kolegach wrażenia do końca życia.

Holendrzy którzy mnie nie znają, nie są w stanie poznać, że mam polskie pochodzenie. Najczęściej dopiero po zapoznaniu się z moim nazwiskiem - po pewnym czasie - pada zaciekawione pytanie o pochodzenie i towarzyska rozmowa o Polsce.

Dzisiaj patrzę na Polskę sam nieco inaczej niż jeszcze patrzyłem 10 lat temu. Ubocznym zjawiskiem wielkiej fali Polaków z ostatnich lat była duża ilość negatywnych wiadomości o Polakach w holenderskich mediach. To mnie trochę drażniło – chociaż osobiście nie odczuwałem z tego powodu ujemnych skutków. Dzisiaj widzę to jako pewną fazę w moim życiu i jednocześnie widzę, że Polacy mimo wszystko nie mają w Holandii aż tak złej reputacji jak to się niektórym wydaje.

Czy jestem bardziej Holendrem czy więcej Polakiem? Wiele lat miałem dziewczynę z Polski – nawet ona nie potrafiła mi tego powiedzieć. Holenderska dziewczyna zresztą też nie. Na papierze jestem 100% Holendrem ale jednocześnie istnieje ta nierozerwalna więź... To siedzi we krwi. Swojskie poczucie zrozumienia i przynależności. Mówię po polsku i znam polską kulturę, lubię chodzić na grzyby (choć rzadko coś znajduję) i otwieram drzwi kobiecie ale za to nie obchodzi mnie Papież. Jednak mieszkam w Holandii; w kraju w którym poruszam się jak ryba w wodzie. Myślę po holendersku i większość moich przyjaciół jest Holendrami.

W zeszłym tygodniu czytałem artykuł o Europie. Chodziło o podwójne paszporty i obywateli Holandii z podwójnym obywatelstwem. Wielu w Holandii ma z tym problemy. Jeśli powiesz, że jesteś Europejczykiem to dla wielu oznacza to, że wypierasz się holenderskiego obywatelstwa. Jeszcze gorzej gdy masz dwie narodowości. To jest niemal niewyobrażalne zrozumieć, że można być troszeczkę Polakiem i troszeczkę Holendrem. Ja to rozumiem. Chociaż sam nie posiadam dwóch paszportów to i tak to nic nie mówi, bo cóż miałby ten dokument mówić o moim własnym uczuciu przynależności do tych obu narodów? Zdaję sobie sprawę, że z powodu tego „podwójnego życiorysu” patrzę inaczej na świat. Może nie tak „Zachodnio”.

Czy czuję się więcej Polakiem czy Holendrem – to zależy od momentu i z kim o tym rozmawiam.

Albert, Kwiecień 2009

Albert (31 lat) prowadzi własną firmę (web development), jest synem redaktora Wiatraka (który powyższy tekst przetłumaczył z oryginału).