Saga o “Latającym Holenderze” zawdzięcza swa światową popularność operze Wagnera o tym tytle.
Saga ta ma swe korzenie w czasach holenderskiego “Złotego Wieku” (XVII w.) kiedy to flota holenderska była najpotężniejszą w świecie i tysiące holenderskich żaglowców opływały cały świat.
Żaglowiec kapitana Van der Decken wypłynął z portu w Terneuzen (prowincja Zelandia) zmierzając do ówczesnych Wschodnich Indii (dzisiaj Indonezja). Pod Przylądkiem Dobrej Nadziei żaglowiec wpadł w sztorm trwający 9 tygodni. Umęczona załoga błagała kapitana o powrót i schronienie w Zatoce Góry Stołowej (Kaapstad) ale uparty kapitan wpadł tylko w gniew. Wyrzucił za burtę szturmana (sternika) z przekleństwem “Bóg czy Diabeł - a ja przepłynę Przylądek - choćbym miał płynąc do dnia sadu ostatecznego!”. A działo się to w poranek wielkanocny roku 1676.
Od tego czasu żaglowiec błąka się po morzach i oceanach. Martwa załoga wykonuje w milczeniu swoje prace na pokładzie i nie reaguje na polecenia kapitańskie a sam kapitan Van der Decken został przy życiu i stoi przy sterze i przynosi nieszczęście każdemu statkowi jaki na swej drodze napotka.
Ostatnie najbardziej wiarygodne spotkanie z Latającym Holendrem miał w roku 1880 brytyjski książę George, późniejszy król George V, który wraz z 30 światkami widział przy wybrzeżu Australii staroświecki żaglowiec z czerwoną łuną w żaglach.
W Efteling jest od roku 2007 attrakcia ktora sie nazywa ‘Latajacy Holender’ (De Vliegende Hollander). Polecam!
niestety po durzych klopotach technicznych ATRAKCJA ZAMKNIETA.
A szkoda