Emigracyjne minusy
Zła znajomość holenderskiego powoduje w wielu wypadkach niemożliwość precyzyjnego dogadania się lub co gorsza pomyłek i nieporozumień spowodowanych błędnym zrozumieniem słów lub intencji rozmówcy. Nawet względnie dobra znajomość holenderskiego (lub angielskiego) nie uwalnia nas od nieporozumień.
Do tego dochodzi inna kultura, obyczaje, tryb życia, również prawo, którego nieznajomość prowadzi często do nieprzyjemnych sytuacji.
Najbardziej stresujące jest poczucie niskiego statusu społecznego. Im kto miał wyższy status społeczny we własnym kraju i im dłużej mieszka w Holandii tym bardziej mu to dokucza.
Wizerunku Polaka nie jesteśmy w stanie zmienić i Holender myśli o nas podobnie jak my myślimy o Rumunach lub Turkach.
Nawet pieniądze tego nie skompensują.

Ja zdecydowanie uważam, że w Holandii jest dużo łatwiej i przyjemniej żyć niż w Polsce.
Ale! ... zawsze jest „ale”. Trzeba mieć odpowiednie predyspozycje i cierpliwość.
Młodzi ludzie mają nieuzasadnioną dużą dozę optymizmu, dobrej wiary i nadziei. Całe szczęście! Gdybyśmy tego nie mieli nie byłoby mnie tutaj.
Gdy się już Holandii nauczysz, możesz żyć bezstresowo i tak samo dobrze jak oni. Ale... to jest proces który nie wszystkim jest dany. Jak napisała niedwano jedna z czytelniczek: "będziesz tu zawsze żył jak w hotelu a niej jak we własnym domu". Niektórym luksusowy hotel wystarczy.Wielu Polaków ma organizm który z czasem odrzuca ten „holenderski przeszczep”. Przejawia się to m. in. brakiem tolerancji, zrozumienia i jakiejkolwiek akceptacji, chronicznym narzekaniu na wszystko co holenderskie, na „głupich, prostych i nieokrzesanych” Holendrów, ale także na nowo przybyłych rodaków z własnego kraju, Emigranci wpadają nierzadko w depresje, alkoholizm lub pracoholizm, narkomanię itp. Znam przypadki polskich kobiet (zamężne z Holendrem) które 25 lat nie wychodza z domu z powodu fobii anty-holendrskich, izolują się od świata zewnętrznego.
Myślę że największy problem emigrantów jest niski (za niski w ich przekonaniu) status społeczny jaki mają w obcym kraju. To nie jest nowość. Tak było już w XIX wieku w Ameryce, tak było w XX wieku w kopalniach francuskich i tak jest nadal. Polak potrzebuje wielu lat aby się poczuć „u siebie” i aby się poczuł zaakceptowany. Data przyjazdu do Holandii jest jego nową datą urodzenia. Ile lat potrzebuje człowiek aby przestał być dzieckiem i stał się dorosłym mężczyzną? Kobiety „wżeniające” się w holenderskie domy mają specyficzną sytuację i ich integracja przebiega bardzo różnie; od szybkiej i prawie bezbolesnej integracji i akceptacji holenderskiej rzeczywistości do strasznych osobistych tragedii i łamania życiorysu sobie i co gorsza swoim dzieciom.
Ja sam przeżyłem połowę życia w Polsce i połowę w Holandii. Oczywiście ta pierwsza połowa była dużo ważniejsza; ukształtowała mnie i zrobiła ze mnie człowieka jakim jestem. Nie żałuję, że wyemigrowałem z mojej ojczyzny. Mam teraz możliwość znacznie lepiej relatywizować, spojrzeć na mój kraj "z boku", z innej perspektywy, pośmiać się z narodów biorocych siebie zbyt poważnie.




Pięknie to napisałeś Andrzeju,tylko od nas samych zależy jak będziemy wiedli swoje życie na emigracji,tylko że bardzo mało ludzi potrafi cieszyć się z życia,uwielbiamy narzekać na wszystko czy to deszcz czy słońce
Czytając w pośpiechu w pierwszej chwili pomyślałam iż współczuje osobie która tak myśli, bo nie pozostaje nic innego takiej osobie jak tylko strzelić sobie w łeb. Jezu od takiego myślenia można nabawić się choroby. Ponadto skoro ktoś tak myśli to znaczy iż nie ma woli walki, ba wydaje mi się ze osoba która tak myśli nigdy nie wystartuje do walki, bo nie widzi sensu. W związku z tym takie myślenie może doprowadzić do upadku nawet we własnym kraju.
..... a tak w ogóle to takie myślenie typowe jest dla Holendra, dlatego tutaj nie ma postępu pokoleń. System bowiem nie jest nastawiony na progres, nie wpajają tutaj słow - sięgnij po więcej, dasz radę. Tu system mówi ach po co spokojnie, bez pośpiechu, nie warto ryzykować , ach bo jeszcze przegrasz, lepiej powoli i bezstersowo. Spokojnie i jeszcze raz spokojnie tak tutaj jest. Potulni zaś Holendrzy wychowani w takiej atmosferze idą na rzeź. Nieświadomi niczego żyją sobie tak jak pokolenia wstecz, i dalej wychowują kolejne pokolenie bez progresu. Dlatego myślę ze w tym systemie jest miejsce dla kogoś kto chce więcej, kogoś kto chce działać i walczyć - to ich zadziwia, oni na to nie są przygotowani. Dla nich to jest nie pojęte, po czasie tylko kiedy widzą skutki takiego postępowania zaczynają się bać, bo nie rozumieją tej nowej sytuacji, ona ich zaskakuje. Bo jak ktoś kto na starcie wydawać by się mogło miał duże braki, prześciga ich w dorobku pokoleń. To takie dziwne dla nich.
hmmmm Życie nauczyło mnie ( Polska) ze nie ma sytuacji bez wyjścia, ze trzeba walczyć, padać i się ponosić. Jak to mówią co cię nie zabije to cię wzmocni.
Kiedyś ktoś znany powiedział bądź napisał - "kiedy znajdziesz się na dnie usłyszysz pukanie od spodu" zabawne i proste słowa ale, jest w nich coś. Wracając do tematu, to po pewnych przemyśleniach -czyli po kawce i ciachu :-)
Zauważyłam chyba coś więcej notce i tak:
Masz racje życie na emigracji zwłaszcza w pierwszych momentach, może przyprawić o ból głowy. Bariera językowa to na pewno, w pierwszej chwili jesteśmy jak dzieci językowo ponadto jesteśmy nieświadomi swoich praw i otaczającego świata w związku z tym czujemy się niepewnie. W tym momencie możemy wziąć się w garść, albo wyizolować i zamknąć we własnym wyimaginowanym bezpiecznym świecie, lub całkowicie zdać się na opiekę innych ( patrz biura pośrednictwa pracy załatwiają wszystko za Polaków, jednocześnie ich wykorzystują). Tak czy inaczej 2 ostatnie metody, nie będą mobilizowały w jednostce potrzeby działania, i nauki. Nieporozumienia językowe, no jasne chyba każdy to zna.
Upadki czy potknięcia a któż ich nie miał wcześniej np. w Polsce, przecież życie nie jest różowe. Mówisz że życie na emigracji nie każdemu jest dane, i z tym się zgadzam. Masz racje nie każdemu posmakuje ta kromka chleba. Masz rację ze trzeba mieć wiele samozaparcia w sobie i wielka wole walki, by tej drodze podołać. Następna prawda to taka przeprowadzając się do innego kraju, zaczynamy nasze życie we wszystkich aspektach zarówno zawodowych materialnych jak i prywatnych od punktu zero, albo niekiedy od jeszcze niżej.
Niestety nie lubię jak ktoś mówi nie podnoś rękawicy bo i tak przegrasz. Takie argumenty trafią do Holendra. Te argumenty nie przemawiają do mnie, uważam ze my ludzie mamy wole, możemy wiec wpływać czynnie na swój los. Nie ustalam górnej granicy, marzenia bowiem nawet te absurdalne napędzają do działania. Analizując to wszystko do czego doszliśmy mogę jedynie powiedzieć ze jeżeli ktoś będzie dostatecznie zmotywowany to może nadrobić czas, i wyrównać swoje szanse, i przeskoczyć drabinę społeczną.
Jak się patrzę na mojego męża i jego znajomego którzy większość swojego życia dorosłego spędzili za granica, to widzę dwa skrajne przypadki. Myślę ze im młodszy jest człowiek w chwili przyjazdu, tym ma większe szanse na skok, bo jak wiadomo nastolatek czy dwudziesto-parolatek wkracza w wiek produkcyjny, jest więc na początku swój drogi zawodowej. Ma wieć czas na ewentualne eksperymenty zawodowe, może więc trochę poocierać się i poobijać. Na takie coś nie może pozwolić sobie 4o latek, bowiem ten wiek to już wiek pół-finiszu zawodowego, to czas w którym powinniśmy zbierać plony swojego zaparcia z lat wcześniejszych.
Czy załuje nie, podobnie jak ty mysle ze to co przezyłam dało mi cos wiecej niz tylko matrialne zyski. Tego co zdobyłam tutaj nie mozna przeliczyc na dobra materialne czy kasę.
Jednak to prawda że mozna spotkać tutaj Polaków będacych na dole drabiny spłecznej, tak polaków całkowicie nie przystosowanych i nieświadomych tak naprawde gdzie zyją, i to własnie oni sa sfrustrowani na maxa. (kiedys cos o nich napisałam, ale niestety nie zrozumiano mnie, fakty czy statystki sa okrutne, jednak myslę ze te pozytywne postawy nie sa wyjątkami.)
Zgadzam sie z Toba Marzena.
To co napisałeś to bardzo mądre słowa i dobra rada dla nowicjuszów!Pozdrawiam
Marzena życie nie musi być walką nawet gdy człowiek ma ambicje. ambicje - tak, wyścig szczurów - nie. Podejście do życia jest najważniejsze. Lepiej być szczęśliwym na dole drabiny niż walczyć na górze. Więcej luzu Pozdrawiam :)
Bardzo ciekawe są te artykuły Pana Andrzeja-będę tu częściej zaglądał :)
Dodaj nową odpowiedź