Chińczycy w Holandii
To byli najemni robotnicy, którzy zamieszkiwali tzw. boardinghouses (rodzaj dzisiejszych hoteli robotniczych) w dzielnicy Katendrecht (Rotterdam) i Nieuwmarktbuurt (Amsterdam) w oczekiwaniu na statek potrzebujący palaczy. Chińczycy preferowali swoją własną kuchnię ponad holenderskie stampoty. Właściciele tych hoteli, także Chińczycy otwierali stołówki dla własnych pensjonariuszy.
Z biegiem czasu maszyny parowe wyparły silniki spalinowe i palacze na okrętach przestali być potrzebni. Biedni Chińczycy mieli do wyboru wracać do domu lub znaleźć sobie inne zajęcie. Wielu z nich otwierało kuchnie domowe, inni chodząc po ulicach sprzedawali pinda's (orzeszki ziemne) i ciasteczka wypiekane z tych orzeszków.
Po II Wojnie Światowej Holandia straciła swoją największą kolonię - Indonezję - zwaną tutaj Nederlandse Indie. Setki tysięcy Indonezyjczyków przybyło wówczas do Holandii i powstało gwałtownie zapotrzebowanie na azjatycką kuchnię. Jak grzyby po deszczu powstawać zaczęły restauracje chińsko-indonezyjskie. Chińska kuchnia szybko zadomowiła się w Holandii i azjatyckie pikantne potrawy weszły na stałe "pod holenderskie strzechy". Dzisiaj nie można sobie wyobrazić ani jednej dzielnicy, ani jednego centrum handlowego i ani jednej holenderskiej wsi bez chińskiej restauracji. Kuchnia chińska stała się kuchnia holenderską. W niemal każdym domu regularnie na stole obiadowym staje bami goreng, nasi, tsjap-tsioj, babi pangang i saté. Chińskie restauracje dla Holandii są tym czym miały być bary mleczne dla Polski.
Dzisiaj mieszka w Holandii około 60 tys. Chińczyków z czego ok. jedna trzecia pracuje w horeca (holenderski skrót znaczący hotel+restauracja+caffe). Poza azjatycką kuchnią, Chińczycy przejmują pomału także typowo holenderską domenę; snack-bary z frytkami, frikandelami i krokietami.
Chińczycy są bardzo pracowici i niemal niewidoczni w holenderskim społeczeństwie. Żyją w dość zamkniętym własnym środowisku a ciężko zarobione w kuchni pieniądze wydają chętnie na gry hazardowe. Są stałymi gośćmi kasyna.
Młode generacje ambitnych Chińczyków modernizują restauracje, sprowadzają dobrych kucharzy z Chin i typowe pudełko bami z plasterkiem szynki i jajkiem sadzonym przechodzi do przeszłości. Co prawda kuchnia chińska na wynos czuje coraz większą konkurencję tureckich kebabów, pizzerii i grillowanych żeberek ale one jej tak naprawdę nie zagrażają.
Tymczasem w "afhaalchinees" (chińskie na wynos) stoją co wieczór w kolejce Holendrzy którym nie chce się samemu gotować i zamawiają bami goreng-sambal: jedna porcja wystarcza dla dwojga za jedyne 10 euro.
Holandia już nie byłaby Holandią bez chińskich restauracji i jest pod tym względem unikalnym krajem w Europie.





Andrzeju,
w dalszym ciagu jakos nie moge sie zalogowac. W czym jest problem?
Fajnie. Ale z kuchni chińsko-indonezyjskiej lubie jedynie ryż haha :D
ps. w holandii chyba przyjęła się już każda nacja.! ;p
Dodaj nową odpowiedź