Urodziłem się dwa razy

Pierwszy raz urodziłem się w roku 1955. Nad Wisłą. Byłem "warszawiakiem" - choć sam tego nie wiedziałem. Wtedy nie rozumiałem co to znaczy być obywatelem stolicy. Jakże uprzywilejowanym dzieckiem ja byłem. 

PKiN 1974

Pierwsze urodziny

W roku 1955 oficjalnie otwarto Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina i stadion X-lecia który obecnie przerabiano jest na Stadion Narodowy.

W roku 1955 urodziło się niemal 800 tysięcy dzieci w Polsce. Już nigdy przed tym ani po tym nie urodziło się tylu Polaków w jednym roku. Należę więc do licznego grona największego wyżu demograficznego jaki Polska kiedykolwiek znała.

1956 r.

Mojemu dzieciństwu towarzyszyły pieśni o mojej stolicy, czerwonym autobusie, trasie W-Z i mostach przez Wisłę. Wyrastałem na Mariensztacie. Warszawa była moim uniwersum.

Moje jedyne miejsce na ziemi

Jadąc z rodzicami na urlop nad morze patrzyłem z okna pędzącego pociągu na ludzi stojącymi z rowerami lub furą za szlabanem. Czekali - gdzieś w sinym polu - kiedy pociąg przejedzie. Patrzyłem na tych ludzi i starałem sobie wyobrazić jak jakbym tam stał – tak gdzieś za Koluszkami na polnej drodze przy szlabanie. Nie mogłem sobie tego wyobrazić. Cały świat to była tylko Warszawa.

centrum Warszawy 1965 r.

Wtedy jeszcze "cały kraj budował stolicę". Reszta świata, reszta Polski to była dekoracja. Morze, plaża, jezioro, Morskie Oko.

PKiN 1975

Nie wyobrażałem sobie jak ktoś mógłby mieszkać w Kaliszu, Radomiu a cóż dopiero za granicą! Holandię znałem tylko z fragmentu Polskiej Kroniki Filmowej w kinie; z krótkiego reportażu o przeboju Venus grupy Shocking Blue. Miałem 26 lat gdy opuściłem moje miasto wsiadając do pociągu na Dworcu Gdańskim. Wtedy wiedziałem, że tego miasta już nigdy nie zobaczę.

Przyszłości nie znałem i przyszłość mnie zaskoczyła.

narodziny 1982

Drugie urodziny

Drugi raz urodziłem się w roku 1982, w autobusie, w drodze z Amsterdamu do Schagen. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to są moje drugie urodziny.

Otworzyłem oczy i zobaczyłem zieloną równinę w strugach deszczu i drogę rowerową z setkami rowerzystów w zielonych pelerynach. Wysiadając z autobusu, poczułem pod nogami żwir. Ten żwir był moim pierwszym krzykiem niemowlęcia które nie chce przyjść na świat. 

Musiałem się uczyć życia od początku. Zresetowane życie.

Holandia 1982

Teraz mam 26 lat polskich i 37 lat holenderskich, razem 63 lata i na tyle 63 wyglądam ale... je nie mam 63. lat w głowie. Ja mam 26 lat TAM i 37 lat TU. W Holandii urodziłem się w roku 1982 i od tego momentu zacząłem uczuć się mojej nowej ojczyzny. Miałem znacznie trudniej bo nie miałem rodziców którzy mogli by mnie czegoś nauczyć. Nie było internetu. Nie było Polaków którzy by coś poradzili. Jestem więc samoukiem, sierotą i znam Holandię na tyle na ile może ją znać 26-latek (a może i mniej): już sporo wiem ale jeszcze wiele do nauczenia. Nigdy nie dorównam mojemu holenderskiemu ani polskiemu rówieśnikowi. Dla wielu rodaków jestem i tak "Wiatrakiem".

złomowisko samochodów 1983 NL

  • Gdy ja odkrywam morski smak ostryg to mój holenderski rówieśnik robił to 37 lat temu.
  • Gdy ja odkrywam piękno Portugalii to mój holenderski rówieśnik robił to 37 lat temu.
  • Gdy ja odkrywam zalety respektu i poszanowania to mój holenderski rówieśnik wyssał to z mlekiem matki.
  • Gdy ja odkrywam, że świat jest większy niż Warszawa, to mój holenderski rówieśnik wiedział to zanim się urodził.

Ja w tym czasie uczyłem się pić kawę z filiżanki i jeść frytki czytając kursy walut w "Polityce" które czyniły mnie bogatym -przeliczając guldeny na złotówki. Chociaż nigdy w życiu nie byłem tak biedny jak w Holandii.

notowania walut PRL 1984 rok 

Dzisiaj po tylu latach nie wiem czy dobrze zrobiłem wybierając emigrację, uciekając z Polski. Może byłbym dzisiaj drugim Kaczyńskim lub zwykłym alkoholikiem? Może emigracja była najmądrzejszym co mogłem zrobić? Za dużó jest plusów i minusów.

Ciąg dalszyMoje drugie żwirowe urodziny >>>

[Aktualizacja z 2010 r., zdjęcia autorstwa Wiatraka]

Etykietowanie: kraj ojczyzna
43 komentarzy

Użytkownicy muszą być zarejestrowani i zalogowani, aby móc komentować.

W Polsce rozkwitala demokracja byl rok 1995 kiedy w wrzesniowy piekny dzien siedzialam w autobusie liczacm zaledwie pare osob wyjezdzalam na polroczny kontrakt do kraju ktorego zupelnie nie znalam.Mam tu dopiero 15 lat i czytajac pana artykul dokladnie te same uczucia. Ja tych uczuc nie moge wyrazic slowami,bo takich slow nie ma, ktore by wyrazily to wszystko co nagromadzilo sie przez ten okres.Napewno jest jeszcze wiele do nauczenia,ale w kwesti zawodowej w moim przypadku holenderski rowiesnik mi nie dorowna i to mi dodaje pewnosci siebie.

byl rok 45, w deszczowe chlodne popoludnie przebywajac w glownym sztabie RAF w Londynie wraz z gen.Andersem zastanawialismy sie nad losem naszych zolnierzy.Obawiajac sie powrotu do kraju, przejetego przez sojuszniczo-bratnia czerwona armie postanowilismy zasiegnac opini szamanow syberyjskich.Churchil obiecywal, pamietam wyraznie ten zadymiony gabinet i niekonczace sie slowa otuchy-nikt w to jednak nie wierzyl.Wyslalem wiec pewnego majora na poczte coby zdobyl nr tel do wyroczni i po kilku godzinach wrocil z namiarami.Majac tel satelitarny nie bylo zadnym problemem skontaktowanie sie z pozadanymi osobami.
Niestety pojawila sie przeszkoda,
mianowicie okazalo sie, ze szamani maja sympozjum i przebywaja w zaswiatach, co gorsza nikt nie wiedzial kiedy wroca.
Spedziwszy cala noc przy butelce koniaku
doszlismy do wniosku, ze kazdy musi zdecydowac sam za siebie.
Postanowilem odreagowac wojne i ruszylem w nieznane, podrozowalem okolo 20 lat. W 67 plynac na statku handlowym pod bandera Lichtensztajnu z lazurowego wybrzeza, spotkalem pokaznych gabarytow
(pupa,melony)zielonooka dziewice z R'damu.Ciezko mi o tym pisac nawet po latach...pewnej sztormowej nocy,
(21 w skali Boforta)wypadla za burte i tyle ja widzieli..
Dala mi wczesniej adres, i zdiecie co przyczynilo sie do tego, ze chcialem poznac jej rodzinne strony.
W 70 przycumowalem do portu w R'damie,
i odnalazlem jej dom, szybko bo po kilku dniach zakochalem sie w jej matce z wzajemnoscia i poslubilem ja najzwyczajniej!
To juz 40 lat! Nie czuje sie jednak ponownie narodzony

Bardzo osobisty wpis, bez polityki i polemiki, podoba mi się. Choć nie jestem tak długo w Holandii jak pan, panie Andrzeju, to muszę napisać,ze czuje się podobnie. 7,5 roku to mniej niż 27 lat, ale ja mam przewagę. Widziałem przemianę Polski - z komuny na nowy system (celowo nie określam jaki) jako młody człowiek wchodzący w dorosłe życie. Na pewno pobyt tutaj zmienia, chyba każdego kto "wtapia się" tak czy inaczej w ten kraj. Po kilku latach widać, na spotkaniach w Polsce,ze to nie to samo (punkt widzenia), ale to już było (ten temat). gratuluje posta.

15 lat temu moja noga postaneła na ziemi holenderskiej. Odwiedziny u rodziny, której nigdy nie widziałem na oczy, choć wiedziałem o niej, bo za komuny przychodziły listy.

Rok później przyjechałem pierwszy raz do pracy na roli, później było jeszcze dwa razy.

Wtedy nikt nie myślał aby jechac na stałe do NL. W PL były studia, zabawa na nich i perspektywy pracy. Gdyby był czas na naukę holenderskiego to może.

Później coroczne wyjazdy na wakacje do NL a nieraz kilka razy w roku.

Na początku zafascynowanie, slepa miłość, później nienawiść, dziś się kochamy jak stare małżeństwo.

Mając swoją firmę od 10 lat w Pl, stać mnie aby wyskoczyć na długi weekend do NL, tak sobie.

W PL mam swoje mieszkanie, swoja firmę, swoich pracowników, swoje kontakty i pozycję.

Cieszę się, że mogę jechać do NL jak do kochanki i ona przyjmuje mnie z radością.

Mieszkanie u kochanki by pewno wszystko popsuło. :)

Zaglądając na Wiatrak śledząc artykuły zamieszczane przez autora, często dostrzegam "dwóch" Andrzejów.

Andrzeja - emigranta, który z czytelnikami swojego bloga dzieli się swoimi doświadczeniami związanymi z życiem w Holandii - odkrywa "nieznany ląd", nowy dom, kolejną przystań w podróży naszego życia.
Co stanowi dla mnie wspólny mianownik śledząc doświadczenia Andrzeja, to fakt, iż również wyemigrowałem w wieku 27 lat, razem z żoną. Jesteśmy "sierotami i samoukami" i zdajemy sobie sprawę, że Holandia nigdy nie będzie dla nas tym czym Polska. Co nie oznacza, że kiedykolwiek będzie lepsza czy gorsza. Po prostu inna.
Co nas różni: nie wyjechaliśmy z kraju jako "uchodźcy" i Holandia nie była dla nas tak dużym szokiem (poza szokującym na pierwszy rzut ucha językiem). Po pierwsze dlatego, ze Polska zmieniła się nieco od lat 80-tych, po drugie dlatego, że nie był to nasz pierwszy wyjazd na ten "mityczny" Zachód Europy.

Andrzeja- Warszawiaka, z którego komentarzy przebija czasem "syndrom stolicy" tzn. przekonanie o monopolu na prawdę i bycie "pępkiem" polskości przejawiające się może nie pogardą, ale lekkim spoglądaniem z góry na wszystko co "prowincjonalne" (czytaj: nie warszawskie).

"Patrzyłem na tych ludzi i starałem sobie wyobrazić co to by było jakbym to ja tam stał – tak gdzieś za Koluszkami na polnej drodze przy szlabanie. Nie mogłem sobie tego wyobrazić. Cały świat to była tylko Warszawa. Wtedy jeszcze “cały kraj budował stolicę”. Reszta świata to była dekoracja."

Człowiekowi, który z nostalgią wypowiada się o latach dzieciństwa, nierozerwalnie związanych z okresem prl-u i mitem "syndromu stolicy" budowanego w tamtym okresie.

"Mojemu dzieciństwu towarzyszyły pieśni o mojej stolicy, czerwonym autobusie, trasie W-Z i mostach przez Wisłę. Warszawa była moim światem."

Z tą postawą nie zawsze się identyfikuję, bo choć pochodzę z kilkuset tysięcznego miasta, nie noszę w sobie uprzedzeń do szeroko rozumianego pojęcia prowincji, bądź prowincjonalności. Ponadto choć wychowałem się w prl-u staram się rozróżniać i oddzielać sentyment odwołujący się do beztroskich lat swojego dzieciństwa od obiektywnego spojrzenia na realia ówczesnej Polski.

Nie twierdzę, że obecny system nie jest pozbawiony wad, ale uważam że indywidualne sentymenty, wspomnienia i upływający czas nie powinny zamazywać i zniekształcać obrazu i oceny tamtej rzeczywistości.

Tym niemniej, pomimo różnic poglądów i spojrzeń na pewne sprawy, "obydwu" Andrzejów darzę ogromnym szacunkiem ;)

Wiatrak

Nigdy tak do końca nie jestem pewny na ile "bycie Warszawiakiem" (ale równie dobrze Paryżaninem lub Amsterdamczykiem) oznacza arogancję i poczucie wyższości wobec "prowincji" a na ile jest to kompleks tych co nie pochodzą ze stolicy. Te same zachowania obserwuję równie dobrze wśród Holendrów i Francuzów ze stolicy i z poza niej.
Nigdy nie staram się (a przynajmniej tak mi się wydaje) kokietować Warszawą, zresztą ja uważam, że pochodzę jak większość z nas z Polesia (dopiero o tym pisałem), z błota, z lasu, z pola :-) a dzisiejszą Warszawę zamieszkują, ku utrapieniu polskiej polityki, właśnie ci Polacy z Polesia (znaczy skrót myślowy).
Uważam także, że różnica miedzy Polską i Holandią jest dzisiaj podobna jak i była 27 lat temu. Bo te różnice to więcej niż dobrze zaopatrzone dzisiaj hypermarkety - do czego ciągle wracam. To że dzisiaj w Polsce oglądamy ten sam TV-show, jeździmy tym samym VW i kupujemy te same produkty w sklepach - to dla mnie za mało. Fakt, że powierzchownie różnice są dzisiaj znacznie mniejsze niż 27 lat temu ale tą powierzchownością długo nie da się żyć.

Może się mylę ale ogólnie nie zauważyłam u Holendrów kompleksów niższości czy wyższości z powodu zamieszkiwania w stolicy czy na prawincji. Przeciwnie, mam wrażenie, że Holendrzy uciekają od dużych miast jak diabeł od święconej wody.
Może to kwestia takiego statusu materialnego, że każdy ma poczucie, że może mieszkać tam gdzie sobie życzy.
I wtedy zaczyna się wolność. Każdy mieszka tam gdzie mu pasuje, gdzie lubi, gdzie czuje się dobrze.
Nie kieruje się kompleksami a tym co na prawde lubi.

Wiatrak

Tego nie zauważa się łatwo (w Polsce też nie) bo nikt nie chce dać tego po sobie poznać i dużo zależy gdzie mieszkasz.
W Polsce przez dziesięciolecia (może i nadal?) "meldunek w Warszawie" dodawał statusu. Tutaj w znacznie mniejszym stopniu, choć kariera w Amsterdamie to jednak nie to samo co w Almelo: http://www.youtube.com/watch?v=63f2xQTuQ3g

W sumie truno mi powiedzieć, bo nie przejrzałam aż tak Holendrów, jeszcze jednak ich za mało znam, żeby wiedzieć czego oni na prawde chcą.
Znam tylko zaledwie pare konkretnych przykładów, które świadczą o czymś zupełnie innym tzn. o przeprowadzkach Holendrów w rejony prowincji.
Znajomy policjant już teraz się boi, ze go przeniosą za dwa lata do Amsterdamu i szuka sposobu żeby się z tego wywinąć.
Moja teściowa pochodzi z Hagi, gdy spotkała swojego męża baaaardzo wiele lat temu i gdy nastąpiło pytania gdzie teraz mieszkać: małe Meppel czy wielka Haga, bez zastanowienia się wybrali Meppel.
Od roku mamy nową nauczycielkę, która przeprowadziła się z Hagi właśnie na wschód.
I wszyscy mówią (jakby się umówili - choć się nie znają) o zatrzęsieniu cudzoziemców i kriminaliźmie w wielkich miastach.
To jest pare przykładów i wiem , że właściwie one o niczym nie świadczą. Ale nie znam odwrotnych przykładów gdzie ktoś chciałby sie wyprowadzić do dużego miasta ... jedynie studenci, którzy chcąc studiować na dobrej uczelni nie bardzo mają wyjście. Z moich okolic najczęściej ląduje w Groningen lub Nijmegen.
Pojęcie kariery też jest dość szerokie. Tak prawdę mówiąc dla takiego policjanta kariera w Amsterdamie równa się ciężka praca wśród najgorszych kryminalisów w całej Holandii za tą samą pensję, którą otrzymuje kolega na spokojnej prowincji. Kariera przeciętnego nauczyciela w Amsterdamie równa sie ciężka praca wśród cudzoziemskiej na granicy analfabetyzmu hołoty za tą samą pensje co na spokojnej prowincji wśród kulturalnych "prawdziwych" Holendrów.
To jesli chodzi o zwykłych Holendrów, zwykłych policjantów, nauczycieli czy urzędników.
Jeśli chodzi o wielkie kariery i wielkie pieniądze ... to cóż mam wrażenie, że takich to już najmniej ciągnie do huku miasta. Ich stać na wszystko, na prace w wielkim mieście i na życie w pięknym miejscu.

Co do Polski to w Polsce wyraźnie widać, że ludzie ciągną do miasta. Ale nie dlatego, że tego na prawdę chcą tylko tam mogą dostać pracę. I w wiekszości nie chodzi o jakieś kariery tylko o zwykłą pracę, bo na polskiej prowincji o pracę jest niezwykle trudno.
I proszę się nei obrazić, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Niech mi Pan wierzy, dla Krakowian meldunek w Warszawie to żaden status. A pragenienie meldunku kwitowane jest pobłażliwym uśmiechem.
Ja kocham Kraków nie dlatego, ze jest duży (to akurat było dla mnie raczej przeszkodą) ale dlatego , że jest piękny. I wie Pan co, w mojej byłej pracy prawie każdy szukał domu, czy działki pod budowe poza Krakowem. Ludzie sprzedawali mieszkania w Krakowie i budowali się w okolicach Krakowa, w małych miasteczkach podkrakowskich czy wręcz wsiach.
Sama bym to zrobiła - gdyby mnie było wtedy stać. Ta tendencja występowała wśród ludzi o wyższym statusie edukacyjno - materialnym.
Ludzie z niskim wykształceniem i o niewielkich możliwościach pewnie dalej ciągną do miasta za jakakolwiek pracą.

Wiatrak

Mówimy o dwóch rzeczach: żyć i pracować. I o dwóch krajach: Polska i Holandia. Holandia jest w zasadzie jednym dużym miastem i nikt przy zdrowych zmysłach (i kogo na to stać) nie będzie chciał mieszkać w centrum Hagi lub Amsterdamu, bo te centra już dawno "oddano" cudzoziemcom. Holender chce mieszkać w Bloemendaal (lub innej uroczej i spokojnej wsi dla "blanken") tak jak Warszawiak marzy o mieszkaniu w Konstancinie (Kraków zapewne też ma swój odpowiednik).
Już samo pojęcie wsi i miasta ma zupełnie inne znaczenie w Holandii i w Polsce. Dziesiątki milionów Polaków wyemigrowało po wojnie ze wsi do miasta co podnosiło im/nam znacznie status społeczny (robotnik z Nowej Huty stoi w domyśle wyżej niż chłop z Podkarpacia) co w Holandii jest procesem rozpoczętym już w średniowieczu a nie w roku 1945.
W holenderskiej 'dorp' nie mieszkają rolnicy.
Wiem, że w najsłabiej rozwiniętych regionach Polski dla młodych ludzi Warszawa, Kraków, Poznań jest nadal "place to be". Nic dziwnego w kraju gdzie kontrasty są tak duże czego nie można powiedzieć o Holandii, może nawet wręcz przeciwnie; są dzielnice w Hadze, gdzie już żaden Holender nie chce nawet zajrzeć.

jest wiele mieszkan do sprzedania czy wynajecia na holenderskiej wsi,
ludzie nie chca mieszkac na zadupiu
(mam na mysli klase srednia),
sa nawet cale farmy opustoszale,
nikt tego nie chce kupic i stoja latami
popadajac w ruine. Fryslan, Groningen czy zuid Limburg...

a Krakow, w ktorym miejscu jest piekny?
oprocz srodmiescia, ktore jest niczego sobie

Podział i wywyższanie się w NL oczywiście jest. Do dziś funkcjonuje powiedzenie na katolików z południa za Renu "ludzie zza rzeki".

diegenen die onder de rivieren wonen.

Mozna poczytac o róznych niesnackach: mensen onder de rivieren hebben allemaal een spraakgebrek en/of een taalprobleem.

Ci z drugiej strony: we hebben de laatste jaren nauwelijks last van mensen boven de rivieren.

Największym odlotem jest zarzucanie ludziom z Randstad, że uważają się za lepszych, Belgowie są głupi lub dla odmiany gezellig :)

Jacer ,musze cos sprostowac w Twojej wypowiedzi.
Otoz "mensen onder revieren" nazywani sa mieszkancy 3 prowincji: Zeeland, Noord Brabant i Limburg i dotyczy to rzek Maas i Waal a nie Renu.
Pozdrawiam :)

Maas i Waal to odnogi Renu. Napisałem tak skrótowo. Chodzi o linię rzek.

Krakow jest piekny i nie tylko srodmiescie!!!!

Zosiu... hahahaha

piekno jest pojeciem wzglednym,
twoj wybor, czy raczej odczucie

Oczywiście, że mówimy o dwóch różnych krajach. Dlatego napisałam, że wg mnie w Polsce jeszcze ludzie mimo wszystko ciągną do miasta. Choć to się też zmienia. Europeizujemy się i mamy więcej pieniędzy. Ci o lepszym statusie materialnym ciągną na wieś. Kraków ma to szczęście, że cały jest otoczony przyjemnym terenem siejsko-wiejsko-anielsko-górzystym. Także ludzie nie muszą wybierać jednego kierunku migracji (jak jakiś Konstancin w W-wie) z miasta na wieś. Jest w czym wybierać - tylko pieniądze trzeba mieć.

A co do Holandii. Ponoć przeciętny Holender przeprowdza się w życiu 5,6 razy. Co jak patrze na otaczających mnie Holendrów się całkowicie potwierdza. Mój 36letni mąż przeprowadzał się w swoim życiu już 5 razy a to nie koniec. Bo dalej towarzyszy nam marzenie o wymarzonym domie na wsi. Tylko nas nie stać.
W każdym razie jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że przeciętny Holender to jakiś niedorobiony głupek, który przeprowadza się w zyciu 6 razy i pomimo, że tak strasznie chce mieszkać w mieście (jak twierdzą niektórzy) to jednak zawsze ląduje gdzieś na prowincji. Bo chyba zgadzamy się, że centra wielkich miast okupują cudzoziemcy a przeciętny Holender mieszka gdzieś ... byle dalej.
Jakoś mnie nie przekonuje twierdzenie, że Holender ma ukryte pragnienie (bo mówi co innego) mieszkania w wielkim mieście. 6 razy się przeprowadzi i dalej nie może do tego miasta trafić. Nie pasuje mi to coś. Nie postrzegam Holendrów jako naród, który ma trudności z realizowaniem własnych pragnień.

Ale nie siedzę w głowach Holendrów, nie potrafię powiedzieć czego każdy z nich pragnie (zwłaszcze, ze pewnie każdy czegoś innego) także nie będę się upierać przy swoim.
Niech sobie tak pragną czego chcą. A swoją drogą to bardzo bym chciała żeby wszyscy wyemigrowali do miasta. Wtedy domy na wsi stałyby się tanie jak barszcz i zrealizowałabym swoje marzenia.

Kobito, ty piszesz tak jakby wszyscy Holendrzy mieszkali na wsi albo pragneli sie tam znalezc,
a miasta zostawiali jako shede po ojcach dla cudzoziemcow.
Holender przeprowadza sie ze wzgledu na prace a nie poszukiwania wymarzonego miejsca na sadzenie kalafiora..

a ty myslisz, ze mieszkanie na wiosce to same superlatywy
do szkoly, doktora, sklepu, urzedu, pracy itd..... daleko, zadnych rozrywek dookola a jeszcze jak masz np 3 dzieci..

a czy ty przynajmniej wiesz jak tu wygladaja domy czy zycie na wsi?

Nie przelewj swoich pragnien na wyznacznik narodu holenderskiego

Chłopie daj sobie spokój. Ja nie będę tego wszystkiego co napisałeś komentować ani polemizować. Nie bardzo mnie jakoś interesuje co Ci się podoba, co nie i co uwazasz za słuszne a co nie.
Pisz co chcesz, kazdy ma do tego prawo, a nie każdy musi to czytać.

balkonede, ja mieszkam na wsi, i to byl swiadomy wybor i przemyslany - moj maz jasno stwierdzil ze rasista nie jest ale ......
Pozatym blisko do pracy, daleko od problemow, i dzielnic malosympatycznych, i wystarczajaco blisko do wszelakich atrakcji i sklepow, aptek, dworcow, szkol i innych rzeczy ktore umilaja zycie :-). Zero problemu 2-3 km to nie problem by dojechac do centrum, zreszta taksowki tez kursuja, wiec jak masz chcec sobie poszalec w nocy.

W centrum szczegolnie na polnocy ( Holeddrzy bardzo czesto wybieraja na starosc spokojnei dos czyste etnicznie poludnie) w duzych miastach jest nieciekawie, i generalnie to zgadzam sie z tym co pisze Daria i Andrzej hmm tutaj co innego znaczy mieszkac na wsi, a co innego w Polsce. Faktycznie w Polsce w malozurbanizowanym kraju, moze doskwierac to ze ktos mieszka na wsi,
a w ramach wyjasnienia hektarow nie mam i kalafiorow nie sadze, bo moj mąz nie ma pedu do ziemi, a ogrodek mamy naprawde skromny, w zasadzie to przerosniety wybrukowany taras, z garazem i podjazdem, to nam w zupelnosci wystarczy.
Moje rowery nie sa zapinane przed domem, nieraz zostaja na noc, bo dzieciakii zapomna wstawic z rostargnienia, tego nie uswiadczysz w wielkich aglomeracjach.
Bradzo czesto zas wyznaczone dzielnice, lub sypialniane wiiseczki przy duzych aglomeracjach potrafia byc dwa razy drozsze, od polozonych w centrum skupis marokansko-gminnych. Bardzo czasto Holender woli kupic dwa razy drozszy mniejszy dom, w spokojniejszej topowej dzielnicy, po to by moc spokojnie wypoczac po pracy. Tutaj sa dzielnice, czy miasta w ktorych nikt nie chce mieszkac i takie male zadupia na ktorych chcialoby sie zamieszkac.
Ps, piechota dojde do supermarketu, a w zasadzie 2 ulice dalej jest inna miejscowosc, a kolejne dwie a na drugich swiatlach jeste juz w dosc sporym miescie, tutaj sie to wszystko zlewa.

Kobito, naucz sie czytac ze zrozumieniem
ja nie pisalem o czyms co mi sie wydaje
i nie prosilem cie o zadny komentarz

Bzdury wypisujesz to byl moj w/w post

MK pisalas, ze jestes z Maastricht
a to chyba nie jest wioska, no moze gdyby porownac z NY, to kto wie...

Wiesz trudno dyskutowac z osobami,
ktore nie potrafia prawidlowo odczytywac znaczenia slow rozmowcy.

Balkonende o zrozumieniu pisze. Litości.

Ja napisałam:
cyt. "Ale nie siedzę w głowach Holendrów, nie potrafię powiedzieć czego każdy z nich pragnie (zwłaszcze, ze pewnie każdy czegoś innego) także nie będę się upierać przy swoim.
Niech sobie tak pragną czego chcą"

Balkonende napisał:
cyt. "Kobito, ty piszesz tak jakby wszyscy Holendrzy mieszkali na wsi albo pragneli sie tam znalezc".

Coś więcej w temacie zrozumienia?
Choć lepiej temat rozumienia sobie odpuść, bo jak widać to najwyraźniej twoja pięta Achillesowa.

Dokladnie tak jak pisalam Darina to typowa krakowska przekupka,wszystko na swoj sposob.

Balkonende - kiedys mieszkalam w Maastricht, ale aktualnie zamieszkuje sobie na wioseczce, i co prawda nie ma 3 dzieci aczkolwiek sasiedzi niektorzy maja 3 a niekiedy i 4, a niekiedy tylko dwojke, i jakos nie sotkalam sie zeby kots wspolczol mi ze mieszkamy ciut z boku. Wrecz przeciwnie miejscowi, cenia ta lokalizacje :-)
Dlaczego napisalam hmm zdumilo mnie twoje spostrzezena na temat wiosek w Holandii - O Niedogodnosciach o jakich napisales natrafisz ale na wioskach Polskich, tutaj naprawde wioska, jest tylko wioska z nazwy.
Jezeli zas chodzi o czynniki wplywajace na wybor konkretnej lokalizacji - to masz racje ze wazne jest w miare szybkie dotarcie do pracy, sklepu, szkoly, apteki, przystanku, pocztyy, lekarza ale takze i dobra spokojna lokalizacja, i z regoly latwiej o nia na obrzezach wiekszych miast niz w centrum. Dlatego tez wiekszosc wiosek tych cenionych przez Holendrow ma zapewnione.( Jezeli cos jest juz calkowicie z boku, to popyt jest mniejszy i cena tez)
Holender nie widzi problemu jak zamieszka 2-3 km od centrum wiekszego miasta, i zrobi to wlasnie w trosce o swoje dzieci, aktualnie kazda rodzina ma przynajmniej jedno auto, wiec naprawde na wyciagniecie reki maja wszelkie superlatywy jakie daje im wieksze miasto, i do tego swoj maly bezpieczny azyl. Nie tak dalej jak wczoraj moje dzieci mowily o swojej nauczycielece, ktora przeprowadzila sie z Den Haag, bo z wszelakich rozrywek owego miasta szczegolnie wbilo sie jej w pamiec to to jak zabito jej sasiada, o pewnych dzielnicach Maastricht na ktorym wg. miejscowych mieszka jakies do kupy 10000 lat wiezienia nie bede sie wypowiadac, bo choc w Maastricht jest o wiele spokojniej niz w taki Roterdam, to jednak sa dzielnice w ktorych nie nalezy mieszkac, i te w ktorych nalezy.

Darina, przeczytaj swoje posty raz jeszcze

Zgadzam sie MK, jednakze obserwuje od kilku ostatnich lat(piszac w przenosni) masowe migracje z wiosek zwlaszcza mlodych ludzi.Holandia nie jest jednolita, dlatego sprzeciwiam sie tak postawionej tezie, jakoby Holender marzyl o domu na wsi.

Nie chodzilo mi o pojedyncze przypadki
a generalne tendencje i nie wspominalem o centrach miast i obrzezach tylko prawdziwej wsi(3km od centrum to wciaz miasto)- a sa tu wioski gdzie nic nie ma tylko poldery dookola do najblizszego sklepu kilka kilometrow,
nawet do sasiada daleko.

To, ze Holendrzy wycofuja sie na obrzeza nie ulega zadnym watpliwoscia i jest jak najbardziej zrozumiale ale-
dzielnice miast z dala od centrow,
male miasteczka to nie wies....

dodam wiecej (ale to juz jest czysta moja spekulacja, prognozowanie na przyszlosc), ze wzgledu na nadchodzace zmiany klimatyczne- problemy z woda, zanieczyszczeniami,
centralizowaniem sie wszelakiej dzialalnosci przynoszacej profity tzn
rosnace bogactwo miast i terenow industrialnych, praca -
spowoduja,ze wioski zaczna sie wyludniac

Nie wspominajac o nowej inzynieri zywnosci - hodowli zwierzat czy uprawy buraka......

Lilio vel Sylwano. Powrót? Koniec remisji?

Darina
Chorujesz na obsesje? Ludziom chodzi o to zebys jedynie uwazniej czytala i tam gdzie nie potrzeba nie wtracala swoje 5 groszy..proste

Proszę, nawet nie zdziwiona o jaką Sylwanę mi chodzi.

Lilio, Sylwano vel Kiwi (gdyby nie to, że nie zmieniasz swej niezwykłej osobowości to podejrzewałabym schizofrenie) dziękuje za poradę.
Będę pamiętać, że następnym razem, jeśli ośmiele sie wypowiedzieć to zapytam cie o zgodę - jesli oczywiście nadąże za zmianami ... nicków ... bo nie osobowości - niestety.

Darina
Udaj sie czym predzej do psychiatry,ale w twoim przypadku mysle ze to juz za pozno!
Moze jednak sprobuj? Powodzenia

A wiesz co. Jak się ma taką osobowość jak ty, to można stać się przedmiotem obsesji. Pewnie niejeden biedak w twoim otoczeniu dotknięty obsesją na twoim punkcie - chciałby się ciebie wreszcie pozbyć i marzy żebyś trzymała się od niego jak najdalej.

Mimo wszystko zal mi cie..

Mnie ciebie nie żal.
Nie można się angażować emocjonalnie w pacjentów - ani nawet w znakomitych na nich kandydatów.

Teraz wyjasnilas to jasno,z taka osobowoscia jak twoja to jedyne wyjscie ;lapanie;holendra za meza,bo logiczne myslenie to dla ciebie bariera nie do pokonania,i dyplomy najlepszych uczelni przechowywane w szufladzie ci nie pomoga.A pacjetow tez pozostaw fachowcom.

Ja mieszkam na wsi (uwaga holenderskiej wsi - innej jak polsca) 4000 ludzi. do sklepu mam 2 km do szkoly 2,1 km do cenrum wiekszego miasta 7, do lekarza 2,3km moim marzeniem bylo wyprowadzic sie z 200.000 tilburga na wies (z daleka od zyczliwych ludzi i z pod opieki rodzicow) Ja rozumiem balkonende twoj punkt widzenia, ale powiem o pewnych faktach poniewaz mieszkam ,,na wiekszej wsi" jak ty (tak mi sie wydaje) Czy ludzie uciekaja z naszej wsi? raczej nie. wlasciwie nie maja gdzie uciekac. domy tutaj sa bardzo tanie, pracy brak. ludzie siedza sobie na socjalu, dziadkow dookola... mlodzi sa cos tam z nich wyjedzie do groningen na studia ktos \juz tu nie wroci. wioska sie wcale nie wyludnia, wrecz przeciwnie rozbudowywuje. te pare kilometrow nie stanowi dla mnie zadnego problemu, wsiadasz na koze i 15 min i jestem na miejscu. ludzie do pracu jezdza do zwolle (80km) lub groningen (60km) nie ma tutaj korkow!!! czlowiek ma wrazenie ze czas plynie wolniej. a co do rozrywek, ja osobiscie nie chodze wiecie 2 malych dzieci a i atmosfera ,,jij ben alles voor mij lalalala " wcale mi nie pasuje (rozpuszczam sie za to w polsce :) we wsi mamy 2 restauracje z cafe ludziom miejscowych do szczecia duzo nie potrzeba, a jak juz naprawde chce sie zaszalec to do emmen nocnym, samochodem jak kto woli i tam wybawisz sie na 100!

Sylwano-Lilio (czy jak ci tam) jeśli już nie uprzedzasz o swoich przeistoczeniach i nie dajesz szansy normalnym ludziom omijania cie szerokim łukiem to przynajmniej sama od moich wypowiedzi trzymaj się z daleka.

Zastanawiam się nad jedną sprawą. Jako osoba urodzona w dużym mieście, naturalnie nigdy nie musiałam chcieć emigrować do dużego miasta. Dlatego trudno mi zrozumieć osoby, które odczuwają potrzebę emigrowania do dużego miasta - taki rodzaj kompleksu małomiasteczkowego czy wiejskiego.
O co chodzi z tym, że ludzie uważają, że życie w mieście dodaje "prestiżu"?

Życie w mieście, w murach i ciasnocie jest dla np. malucha katorgą. Dziecko w tym wieku chce się wyszaleć, wyszumieć, uwielbia naturę, chce ją poznawać.
Dla młodych ludzi życie w mieście jest fajniejsze, głównie ze względu na dobry dostęp do rozrywek.
Dla rodzin z dziećmi znowu powrót na wieś jest błogosławieństwem. Rozrywek już tak nie potrzeba jak dobrego miejsca coby się potomkowie wyszaleli
A potem cżłowiek się starzeje i jedyne czego potrzebuje to świętego spokoju, którego w mieście nie uświadczy.

Jak czytam o tych kilometrach jakie niektórzy mają do miejsc publicznych to dochodzę do wniosku, że najlepsze jest małe miasteczko.
Wszystko co niezbędne jest i to obok.

Duże miasto. Pamiętam jak mieszkałam w Polsce i jeżdziłam do mojego męża to wyglądało to w ten sposób, że 1.5 godziny spędzałam w samolocie a następne 2.5 godziny w autobusie z jednego końca miasta na drugi.
Ja już dziękuje za takie "luksusy". Nawet jeśli owe "luksusy" dodawały mi "prestiżu".

Ja osobiscie jak najbardziej trzymam sie od twoich wypowiedzi z daleka i nigdy cie o zdanie nie pytalam,gdybys uzyla mozgu iprzeczytala swoje posty to bys zauwazyla kto zaczal.jak zwykle to dla ciebie za trudne.
Ajakie jest zdanie Sylwany(czy kogos tam)to zapytaj ich,bo u gory jak byk napisane jest lilia.

Darina, byc moze ten artykul wyjasni po czesci migracje w kierunku duzych miast w Holandii.

http://www.urbansciences.eu/ForumItem.as...

O Karina, dzięki, chętnie przeczytam.

Lilio-Sylwano, wykazujesz zaskakująco dużą wiedzę na mój temat (wiesz kim ja jestem, kim jest mój maż, skąd pochodzę i jaki mam poziom wykształcenia) a nie wiesz kim jest Sylwana? Wiedzę o sobie przekazywałam na przestrzeni paru miesiący tutaj bytności, znakomicie zdążyłaś się z nią zapoznać, i nigdy po drodze nie natrafiłaś na szeroko się udzielającą Sylwanę?
Ciekawie wybiórcza "pamięć".

Kobieto niech do ciebie dotrze, byłaś żałosna ... i zmiana nicków tego nie zmieniła. A wręcz stałaś się jeszcze bardziej żałosna. Choć myślałam, że to niemożliwe.

Z boku widać lepiej